Wejście w świat

Wejście w świat

Jest nas już troje. Ciąża dobiegła końca. W ostatnich 3 miesiącach oczekiwa­nia głównym problemem był poród: kiedy nastąpi? Jak będzie przebiegał? Stanie się źródłem cierpienia czy też satysfakcji z dobrze spełnionego zadania? W okresie tym były i beztroskie, miłe chwile, kiedy oko spoczywało na szmatkach, stanowiących wyprawkę dla dziecka. W miarę zbliżania się terminu porodu napięcie rosło. W atmosferze domowej wyczuwało się nastrój charakterystyczny dla ostatnich dni przed rozwiązaniem. Nagle i — mimo wszelkich oczekiwań — jakby nieocze­kiwanie nastąpił poród. Aż trudno w to uwierzyć, jak szyb­ko rozpoczęły się oddalać w przeszłość pierwsze chwile ra­dosnego uniesienia, wraz z niezapomnianym krzykiem dziecka. Okres połogowy już po kilku dniach niósł ze sobą nastrój coraz bardziej smętny. Dawało się we znaki to dziwne uczucie osamotnienia, a nawet opuszczenia. Równocześnie rodziła się wątpliwość, czy wszystko to nie za­krawa na dziwactwo. Otóż nie. Nagłe odprężenie wraz z to­warzyszącym mu spadkiem napięcia powoduje chwilową depresję i uczucie pustki. Okazuje się, że bez pewnego na­pięcia życie staje się praktycznie niemożliwe. Aby przeżyć w pełni radość z sukcesu porodowego, należałoby od razu podjąć dalsze, wynikające z tego zadania. Tymczasem na razie nie ma nic do zrobienia. Dziecko przynoszą matce do karmienia co kilka godzin, i to do­kładnie zawinięte w pieluszki, by zaraz potem zabrać je ponownie poza zasięg jej wzroku. Monotonia życia w szpi­talu, dość uciążliwe rygory, nikły kontakt z rodziną dają się we znaki. Intensywność przeżycia porodowego spowodowała jakby zerwanie wszelkich powiązań z otaczającym światem. Obecna sytuacja jest szczególna i odmienna przez to, że nic się jeszcze nie dzieje, a równocześnie tak wiele nieznanego i niedoświadczonego dotychczas oczekuje, by stać się ży­ciem codziennym. Zanim nastąpi wdrożenie się do nowych zadań, mącą nastrój różne niepewności i nieporadności, wkrada się smutek i melancholia. Trudno nie dostrzec i nie odczuć, że i wśród najbliż­szych osób napięcie ustąpiło. W pierwszych chwilach po porodzie pojawiły się wyrazy gorącego uniesienia, gratu­lacje, kwiaty od męża… Ale już drugiego dnia wszyscy najbliżsi zdążyli się oswoić z faktem przyjścia na świat potomka i na niego przenieść ośrodek swych zaintereso­wań. Również lekarze i cały personel zaczęli okazywać mniejsze zainteresowanie dla jej osoby. Kobieta po poro­dzie odczuwa swe osamotnienie. Zrobiła swoje… W domu wszyscy się cieszą, ale jej osoba nie jest już tu najważniej­sza. Natomiast nowa więź, która silniej połączy ją z dziec­kiem, nie została jeszcze wytworzona. Do tego dochodzą jeszcze typowe objawy chwiejności emocjonalnej i wegeta­tywnej, stojące w związku z poporodowym przestrojeniem hormonalnym. Toteż nic dziwnego, że niemal każda kobieta przeżywa wówczas chwile, kiedy zbiera się jej na płacz. Ale płacz na nic się tu nie zda. Trzeba odbudować na nowo swoje stosunki ze światem, zachwiane w posadach z chwilą narodzin nowej istoty ludzkiej. Po pierwsze trze­ba ustalić swe miejsce przy dziecku. Po drugie — wytwo­rzyć z nim nową więź w zmienionej sytuacji biologicznej i psychologicznej. Po trzecie — trzeba otrząsnąć się z nar­cystycznego zawężenia swej postawy emocjonalnej. Trze­ba wrócić do świata, do rodziny. W pierwszym etapie okresu połogowego zostają odbudowane związki ze światem przez wytworzenie nowej jedności z dzieckiem. W miejsce więzi biologicznej pojawia się zwielokrotniona więź psychiczna, wyrażona stru­mieniem tkliwego uczucia. Uczucie to stale przybiera na sile, a szczególnie w chwilach bezpośredniego kontaktu z noworodkiem podczas karmienia. Mimo narastającej w ciągu 9 miesięcy świadomości jego istnienia, teraz dopie­ro to istnienie staje się namacalnym faktem. W okresie płodowym dziecka matka zdawała się zaspokajać wszystkie jego potrzeby dzięki wyposażeniu swego ciała, natomiast po porodzie funkcje te są wypełniane za pomocą znacznie bo­gatszych środków. Mimo to życie śródmaciczne i okres niemowlęcy stanowią ciągłość w większym stopniu, niż możemy to sobie wyobrazić. W drugim etapie okresu połogowego świat prze­staje się sprowadzać do pojęcia własnego Ja. Toteż utrata dziecka wkrótce po rozwiązaniu lub też urodzenie mar­twego dziecka nie ma jeszcze charakteru głębokiego prze­życia: przejawia się raczej jako niewypełnienie wymarzo­nego życzenia. Wówczas to stosunkowo szybko odradza się gotowość do podjęcia nowej ciąży. Zupełnie inaczej natomiast przedstawia się sytuacja w przypadku utraty dziecka, z którym został zawarty bliższy kontakt przez kar­mienie i pielęgnację. W takim przypadku głęboki żal za­hamowuje gotowość do nowej ciąży. Jest to już w pełni żal spowodowany utratą najbliższej osoby. Widzimy więc, że „popędu” macierzyńskiego nie należy identyfikować z miłością macierzyńską. Popęd jest wrodzony, miłość wy­kształca się i wzbogaca dopiero w miarę obcowania z dziec­kiem. Okres życia wewnątrzmacicznego człowieka jest stosun­kowo krótki w porównaniu z przeważającą liczbą zwierząt, jeśli się weźmie za podstawę porównania zdolność nowo­rodka do podjęcia samodzielnego bytowania w świecie. Freud zwrócił uwagę na bezradność niemowlęcia i jego lęk o swój byt, ale zbyt jednostronnie określił rolę matki, ograniczając ją do zabezpieczenia biologicznych potrzeb dziecka i nie doceniając nie mniej istotnej potrzeby, jaką jest potrzeba kontaktu społecznego. To co łączy matkę z dzieckiem, daleko wykracza poza elementarne wymogi jego ochrony i wyraża się przekazywaniem mu określone­go stylu życia, ukształtowaniem stosunku do otaczającego świata, a w nim przede wszystkim stosunku do innych lu­dzi. A przecież dopiero dzięki tym oddziaływaniom każda egzystencja ludzka nabiera cech swoistych i niepowtarzal­nych. Bo człowiek nigdy nie jest samotną wyspą. Troska o noworodka i dalszy jego rozwój tworzy również popędową osnowę postawy ojcowskiej, jednakże rola matki jest w okresie niemowlęcym szczególna i zasadnicza. Trzeci etap polega na ponownym włączeniu się w całokształt spraw życiowych, na powrocie do domu, do życia rodzinnego. A rodzina to przede wszystkim mąż. Im bardziej zaangażowany w okresie ciąży, tym łatwiej do­znaje radości na widok maleństwa. Im pilniej uczestniczył w nauce pielęgnacji noworodka, tym pełniej będzie prze­żywał tę radość w sposób namacalny i bezpośredni. Bę­dzie się czuł ojcem. Toteż dobrze przygotowana do roli żony kobieta stara się nie odsuwać męża od tych rozkoszy macierzyństwa, które przecież i dla niego są w znacznej mierze dostępne. Niech pielęgnuje niemowlę na równi z nią, niech dogląda godzin karmienia, niech stara się na­wiązać z nim kontakt uczuciowy. Wtedy popęd seksualny obu małżonków włączy się w nurt rodzicielstwa. Macierzyństwo nie powinno stawać się ucieczką przed realiami życia. Nie wolno zapominać, że u mężczyzny okra­dzionego z przeżywania ojcostwa może się pojawić wro­gość względem dziecka, a później wobec następnej ciąży. Toteż po urodzeniu dziecka kobieta powinna stać się dla męża bardziej czuła niż kiedykolwiek przedtem. Musi pa­miętać, że macierzyństwo ją hojniej obdarza niż naj­bardziej nawet uformowanego pod względem rodzicielskim mężczyznę. Trzeba mu ponadto jakoś wyrównać długi okres rozłąki we współżyciu. Inaczej będzie szorstki, kapryśny, a nawet agresywny. Są to oznaki napięcia, sta­nowiące dla mądrej kobiety ostrzeżenie przed zachłanno­ścią i zaślepieniem jej popędu macierzyńskiego. Kobieta często nie rozumie swej roli wobec męża. Zapomina, że kobiecość jej jest ściśle zrośnięta z rolą wy­chowawczyni: wychowuje dziecko, męża, świat cały. I na­wet wówczas, gdy obejmuje odpowiedzialne stanowiska za­wodowe, zasięg jej zadań tylko się rozszerza, a nie zmie­nia. Nikt i nic bowiem nie zwolni jej z funkcji wychowaw­czych. Rola wychowawczyni wobec męża polega przede wszyst­kim na wdrożeniu go w nowy rodzaj doznań: w przeżywa­nie czułości nie prowadzących do stosunku. U wielu męż­czyzn nastąpił w takim stopniu znak równości między wy­rażaniem uczucia dla ukochanej kobiety a stosunkiem płciowym, że sytuacja poporodowa wprowadza ich w stan rozterki i nieporadności. Często bywają napięci, nierówni i drażliwi. Tymczasem kobieta nie zwraca uwagi na podstawowy fakt, że zajmuje się nie swoim, lecz wspólnym dzieckiem. Nieświadoma zamaskowanego egocentryzmu, który można nazwać po prostu egoizmem, barykaduje się na pozycjach „heroicznego” macierzyństwa. Dla mężczyzny nie znajduje żadnego zatrudnienia: sama wstaje do dziecka kilkanaście razy w nocy, karmi je, pierze i prasuje pieluszki. A mąż wcale nie reaguje wdzięcznością, lecz przeważnie ma do niej niejasno określoną pretensję. Nie wie dlaczego, ale cała ta ofiarność żony drażni go tylko i irytuje. Nie śmiał­by nawet przypuścić, że jest w tym sporo racji: jest to bowiem specyficzny rodzaj zacieśnienia i egoizmu, przy­brany w togę nietykalności. Gdyby odkrył to i odważył się nazwać po imieniu, może oceniłby wówczas postawę swej żony bardziej wyrozumiale i pomógł jej odnaleźć właściwą drogę do harmonijnego przeżywania wspólnoty małżeńskiej. Macierzyństwo bowiem tylko wówczas staje się pełne, gdy wnosi zarazem coś istotnego do kontaktu między małżonkami, wzbogacając go o nowe wartości po­znawcze i uczuciowe. Może doczekamy się, że i w mężczyźnie dojrzeje postawa wychowawcy, która ułatwi kobiecie zachowanie równo­wagi między zaangażowaniem macierzyńskim a małżeń­skim. Trzeba jej pomóc, aby nie czuła się tak, jakby pę­powina między dzieckiem i jej organizmem nie została jeszcze przecięta. Jest to zresztą ważne w stosunku do dziecka, inaczej stanie się ono dla niej pępkiem świata. Bywa tak, że kobieta po pierwszym dziecku nie zdobędzie się już na urodzenie drugiego właśnie dlatego, że z tym pierwszym związała się w sposób wprost chorobliwy. Trzeba jasno powiedzieć: przyjście na świat dziecka nie powoduje automatycznie pogłębienia spójni małżeńskiej. W krańcowych przypadkach albo go niesłychanie wzbo­gaca, albo też całkowicie rozbija. Dlatego porzucenie ko­biety z dzieckiem przez męża, którego nikt by uprzednio o to nie podejrzewał, nie jest sytuacją prostą i jednoznacz­ną. Jest to głęboka tragedia, której nie wytłumaczy sche­mat — szlachetna kobieta jako nieskazitelna ofiara dzikiej i nieokrzesanej brutalności mężczyzny. Może tak być cza­sami, ale zazwyczaj sprawa bywa o wiele bardziej złożona. Jednym z powodów trudności podjęcia współżycia po urodzeniu dziecka jest lęk przed powtórnym zajściem w ciążę. Kobieta nie powinna zbyt szybko zajść w następ­ną ciążę po urodzeniu pierwszego dziecka. Nie znaczy to jednak, że powinna unikać współżycia. Tymczasem za­znacza się tu pewna psychologiczna trudność: przed zajś­ciem w ciążę współżycie nie kojarzyło się jej z dzieckiem. Obecnie pojawia się irracjonalna skłonność nadmiernego łączenia wszelkiego współżycia z płodnością. Sprzyja te­mu nierzadko powtarzany, a błędny pogląd, jakby każde współżycie w każdym okresie cyklu mogło prowadzić do ciąży. Obawa przed zajściem w ciążę występuje szczegól­nie wówczas, gdy pierwsze dziecko było nie planowane. Wgląd w trudności pojawiające się przed młodymi małżonkami po urodzeniu pierwszego dziecka wskazuje nie­zbicie, że na wiedzę o odpowiedzialnym rodzicielstwie ni­gdy nie jest za wcześnie. Im bardziej konkretna jest ta wiedza, tym mniej zawodów i rozczarowań. Odrabianie lę­ku, który zdołał się zakorzenić po nie planowanym uro­dzeniu pierwszego dziecka, jest o wiele trudniejsze niż profilaktyka przed nim. Niewielu mężczyzn zdaje sobie sprawę z faktu psycho­logicznie zupełnie zrozumiałego, że kobieta w najbliższym czasie po urodzeniu dziecka jest mniej pobudliwa seksual­nie. Z obu stron trzeba dużo dobrej woli, aby odbudować zachwianą harmonię i nie wyżywać się w gromadzeniu zarzutów, obciążając nimi siebie nawzajem. Dla męża jest to niebywała sposobność włączenia skłonności popędowych w budowę nowych jakości, o wiele subtelniejszych niż łat­we i całkiem spontaniczne reakcje popędowe z pierwszego okresu przeżywania wzajemnej miłości.