Udział ojca w przygotowaniu do porodu

Udział ojca w przygotowaniu do porodu

Poradnia przykliniczna. Wchodzą oboje. Ona w VII mie­siącu ciąży. On zachowuje się jakby nie mógł jeszcze po­godzić się z faktem ciąży: jest pochmurny, zdystansowa­ny, nie podsuwa żonie krzesła, by mogła usiąść. Po wstęp­nej rozmowie z obojgiem poprosiłem go, by wyszedł do poczekalni. Słucham tętna płodu. Wyjątkowo dobra sły­szalność. Nagle przychodzi myśl, by zainteresować tym męża badanej. Gdy wszedł zwracam się do niego: „proszę posłuchać, jak wyraźnie bije serce u dziecka”. — Pochylił się nad kozetką. Słuchał… I w tej krótkiej chwili słuchania stało się coś bardzo ważnego. Uniósł się, w oczach jego widoczny był blask i ożywienie. Pomógł żonie zejść z ko­zetki, a gdy wychodzili, widać było, jak pieczołowicie trzy­ma ją pod rękę. Narodził się ojciec. Szpital położniczy. Godzina 20.00. Idę wzdłuż hallu, by udać się do pokoju lekarskiego na krótki odpoczynek po parogodzinnym pobycie wśród rodzących. Pod ścianą sie­dzi samotny mężczyzna. Zwraca uwagę jego skupiony wy­raz twarzy. Podchodzę: „Pańska małżonka przebywa na sali porodowej?” — „Tak, właśnie próbuję sobie wyobra­zić, jak jej to idzie”. — „Ach rozumiem, to pan jest mężem pani X, przygotowanej do porodu w Szkole Rodzenia?” W oczach coś jakby zdziwienie… Usprawiedliwiam się: „Och, to nawet nie intuicja, po prostu jedna z obecnych tam kilku pań przeszła takie przeszkolenie, a Pan wygląda na jej męża — ? — „Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że Pan tu jest. Po drugie, że Pan swoją tu obecność trak­tuje naturalnie. A po trzecie, że Pan uczestniczy w tym po­rodzie uczuciem i myślami”. Na twarzy mego rozmówcy widać lekki uśmiech, który jednak nie rozprasza skupie­nia. — Przyjdę do Pana za 2 godziny. Myślę, że w tym czasie I okres porodu dobiegnie kresu (notuję myśli: nie muszę wyjaśniać, co znaczy I okres porodu). — Dziękuję panu doktorowi, czekam… Zapytałbym tylko (w oczach pewne skrępowanie), czy moja żona oddycha prawidłowo przeponą, a zwłaszcza czy jej to dobrze wychodzi na szczy­cie skurczu? Pytam, bo podczas ćwiczeń w domu często myliła tor brzuszny z piersiowym — ? — Uspokoję Pana, że widocznie podciągnęła się technicznie i nie myli się, Ale… przepraszam, zapytam tylko z ciekawości o pański zawód? — Och, to bez znaczenia: inżynier geodeta. Uświadomiłem sobie, że istotnie znaczenie ma tu nie rodzaj zawodu, ale fakt, że ten mężczyzna „czuje” poród i że jego postawa wyraża autentyczne ojcostwo, godne chwili rodze­nia się dziecka. I pomyślałem: gdzież te czasy (a bywało tak jeszcze kil­ka lat temu), kiedy to krążyło utarte określenie, że „żona się rozsypuje”, a małżonek usiłuje przetrwać ten kłopotli­wy czas w gronie znajomych przy butelce winiaku. Hej, łza się w oku kręci. Macierzyństwo tak dalece wiąże się z osobą kobiety, że skłonni jesteśmy nie dostrzegać nie mniej istotnej roli mężczyzny występującego w charakterze męża i ojca. Jużr od początku uwidacznia się jego decyzja w poślubieniu przyszłej żony, a przejawy jego męskiej aktywności dają o sobie znać w formie wiadomości na razie intymnej, nie­kiedy mimo wszystko zaskakującej, ale po upływie 6 mie­sięcy dla wszystkich już oczywistej. Dalsze 3 miesiące ujawnią całą resztę: płeć, kolor włosów, podobieństwo… Połowa krewnych i znajomych będzie twierdzić: wyka­pana mama, druga połowa: wykapany ojciec. To drugie jest ważniejsze, bo jakoś tak niedwuznacznie potwierdzi, że sprawiła to jego połowa chromosomów, które z dru­gą połową chromosomów matki utworzyły zygotę, a poprzez nią — człowieka poczętego. Wszyscy oczywiście zauważyli, jaki garnitur miał na sobie w dniu ślubu, ale o właściwościach genetycznych poczęte­go człowieka zadecyduje niewidoczny dla nikogo „garni­tur” jego chromosomów. Miodowy miesiąc… kondycja ogólna w okresie, w którym nastąpiło poczęcie… (Kropki oznaczają konieczność domyślenia się reszty, jako że nieprzywykliśmy jeszcze zbyt dużo o tym mówić, a zwłasz­cza pisać). Wszystko to z punktu widzenia wartości i zdro­wia potomka okazuje się naprawdę bardzo istotne. Niedobrze, gdy dziecko staje się „pępkiem świata”: nie respektuje dorosłych, skupia nieustannie na sobie uwagę, uznaje miejsce w tramwaju za sobie przynależne (babcia postoi). Jest to wynik złego wychowania. Ale istnieje jesz­cze druga ewentualność: dziecko zbyt mało brane pod uwa­gę w okresie od chwili swego poczęcia do chwili narodzenia. Tymczasem ten właśnie okres w głównej mierze zadecy­duje o dalszej przyszłości dziecka. A dowartościowanie tego okresu to równocześnie dowartościowanie roli ojca. Podczas całej ciąży ochronę dziecka stanowią dwie oso­by: matka jako pierwsza, ojciec jako druga „linia” ochrony. I od razu śpieszę z wyjaśnieniem: kolejność, pierwsza czy druga, nie oznacza stopnia ważności tylko logiczny porzą­dek. Ustrój matki tworzy bezpośrednie środowisko dla pło­du, ojciec stanowi jego ochronę pośrednią, poprzez zabez­pieczenie matce odpowiednich warunków duchowych i ma­terialnych. To z kolei rzutuje na dziecko. W ten sposób krąg się zamyka. Nie może tu braknąć żadnego ogniwa. Bywa się półsierotą od chwili swego poczęcia. Sytuacja taka powstaje najczęściej z przyczyny ojca, choć on zdaje się o tym nie wiedzieć. We współczesnym świecie, kiedy skończyła się wyłączność mężczyzny w zarabianiu pienię­dzy, a silne ramię do karcenia dzieci zostało w znacznej mierze zastąpione nowszymi metodami wychowawczymi, mężczyzna czuje się jakby wysadzony z siodła. Tu chciało­by się przytoczyć słowa Kasprowicza z „Księgi ubogich”: „nie każdy ma szczęścia swego świadomość, nie każdy los swój rozumie”. Pozycji mężczyzny nic tak nie umocni, jak podjęcie od­powiedzialności. Tylko wielkość i ważność obowiązków za­decyduje o naszym znaczeniu. Nie uznając tego, możemy nadal budować zamki na lodzie i w oparach alkoholu iro­nią osłaniać własną słabość lub brutalnością pieczętować swój kompleks niższości. Z jednej strony nieuchronny udział kobiet w pracy zawodowej i społecznej, z drugiej nowe spojrzenie na okres ciąży i porodu otwiera przed mężczyzną perspektywy właściwego zaangażowania posta­wy ojcowskiej od chwili poczęcia dziecka. Pogląd, jakoby tą drogą kobiety miały przybierać cechy męskie, a mężczyźni „babieć”, jest zgoła fałszywy. Kobie­ta, angażując się w pracy zawodowej i społecznej, wnosi swoje cenne odrębności i równoważy braki, wynikłe z jed­nostronnego udziału mężczyzn. Mężczyzna, uczestnicząc aktywnie od najwcześniejszych momentów w rozwoju i wychowaniu swego dziecka, wywiera istotny wpływ na kształtowanie się nowego pokolenia. Pojęcie „emancypacja” uległo wprawdzie pewnym zmia­nom, nie straciło jednak nic ze swej aktualności. Kobieta lat siedemdziesiątych również poszukuje dróg swej eman­cypacji, choć najczęściej ma o tym dość mgliste pojęcie. W każdym razie nie docenia się dwóch korzystnych mo­mentów charakterystycznych dla ostatniego ćwierćwiecza: pierwszy to zorganizowane przygotowanie do porodu, poz­walające przekształcić bierne cierpienie w źródło satysfak­cji i pogłębionej więzi rodzinnej, oraz drugi, to planowa­nie rodziny oparte na znajomości rytmu płodności i nie­płodności, w którym regulacja poczęć idzie w parze z od­powiedzialnością rodzicielską obojga małżonków. Zatrzymując się nad pierwszym punktem trzeba obiek­tywnie przyznać, że młoda generacja kobiet i mężczyzn wykazuje znaczną zdolność przekształcania swych postaw. Obserwuje się lepsze zrozumienie dla odmiennego widze­nia i przeżywania aktu porodowego oraz większą gotowość uznania tych przeobrażeń wbrew naciskom złych tradycji. Zarysowują się już pewne osiągnięcia, które ułatwiają ko­biecie wszechstronny i harmonijny rozwój zgodnie z naj­głębszą jej naturą, uwalniając ją równocześnie od nawar­stwień przestarzałego formalizmu i tyranii. Readaptacja w kierunku prostoty i naturalności zapobiegnie wykrzywieniom, które może nieść ze sobą i niesie ewolucja so­cjalna kobiety. Doświadczenia wyniesione ze Szkoły Rodzenia ujawniły mechanizm nierzadko występującego konfliktu małżeń­skiego wkrótce po urodzeniu się dziecka. Ciężko przeżywa­ny poród przez kobiety nie przygotowane nosi w sobie za­lążek niechęci do męża jako sprawcy tych koszmarnych doświadczeń. Pod wpływem przebytego urazu porodowego kobieta nieświadomie odsuwa się od męża, maskując to zachłannym zaangażowaniem macierzyńskim. Wpatrzona w dziecko, nim się tylko zajmuje, nie dając mężowi nawet go dotknąć. Można to nazwać ucieczką w macierzyństwo. Męża zaczyna dręczyć to nagłe zobojętnienie żony. Nie ro­zumie jej, czuje się odsunięty, niepotrzebny. Odczucie tor działając ślepo, pobudza jego aktywność w kierunku wy­muszenia u żony większego zainteresowania własną osobą. Ona jednak chowa się za zasłoną swego zaabsorbowania dzieckiem, co uważa za swój święty przywilej i obowiązek. Mąż rozdrażniony świadomością, że przegrywa w konku­rencji, w której kontrpartnerem jest jego własne maleńkie jeszcze dziecko, odczuwa równocześnie swoje poniżenie i nierzadko szuka wyrównania poza domem, w sposób nie­pożądany. Istnieje ścisłe powiązanie między płciowością a rodze­niem. Powiązanie to sprawia, że trudności seksualne rzu­tują na macierzyństwo, potęgując lęk przed bólem, sprzy­jają ambiwalentnemu nastawieniu do aktu rodzenia. I od­wrotnie, zadowolenie ze współżycia usposabia pozytywnie do podjęcia wysiłku porodowego i opieki macierzyńskiej. Sposób przeżywania porodu obrazuje stan psychofizycz­nej dojrzałości kobiety. Osiągnięcie stanu dojrzałości sprzy­ja pomyślnemu rodzeniu, natomiast cechy infantylne wy­wołują niekorzystne emocje. Trzeba, aby mężczyzna lat siedemdziesiątych uświadomił sobie, że adaptacja kobiety do nowej roli wcale nie jest łatwa i że od niego w dużej mierze zależy osiągalność i sprawność tej adaptacji. Dlatego właśnie Szkoła Rodzenia nie widzi wyizolowanej ko­biety w ciąży, lecz „małżeństwo w ciąży”. Punkt ciężkości spoczywa tu na utrwaleniu wizji porodu jako przełomowej chwili w życiu rodzącego się człowieka. Na nim skupia się cała uwaga i troska rodziców, którzy poprzez własne zaangażowanie się dojrzewają do zadań rodzicielskich, a jednocześnie pogłębiają więź międzyosobową w swym małżeństwie. W ten sposób przygotowuje się dobry start życiowy dla człowieka, który przychodzi na świat. Od mężczyzny i jego kontaktu z żoną w dużej mierze zależy sposób przeżywania przez nią porodu. Przeżycie po­rodowe może ją zubożyć albo wzbogacić, spowodować wewnętrzne załamanie albo wzrost jej osobowości. Rów­nowaga i prawidłowy rozwój życia małżeńskiego wymaga zadbania o dobre przebycie ciąży i o właściwe przygoto­wanie do porodu. Z relacji kobiet uczęszczających regular­nie do Szkoły Rodzenia w ostatnich 3 miesiącach ciąży okazało się, że wolny czas zawdzięczają mężom. Oni to nie­rzadko dopilnowują systematycznego ich udziału w zaję­ciach szkoły, a w domu kontrolują wykonywanie ćwiczeń kondycyjnych, rozluźniających i oddechowych, wchodzą­cych w program treningu przedporodowego. Niektórzy z nich towarzyszą żonom przychodzącym na lekcje, inni przychodzą po nie po ukończeniu zajęć. Skutki żywego zainteresowania mężów zajęciami w Szkole Rodzenia i powtarzaniem ćwiczeń w domu ujaw­niają się szczególnie podczas porodu. Trzeźwi i skupieni oczekują w hallu szpitala całymi nieraz godzinami na osta­teczny wynik. W każdym 3miesięcznym kursie przeprowadza się przy­najmniej jedno zajęcie z mężami, którzy poszerzają zakres swych zainteresowań praktycznych w związku ze zbliża­jącym się porodem: uczą się kąpać i przewijać niemowlę, dowiadują się o zasadach jego karmienia. Udział ojca w narodzinach dziecka. Mówiąc o udziale nie tylko matki, lecz i ojca w narodzinach dziecka, opieram się na danych pochodzących z obrad VII Kongresu Psychoprofilaktyki Położniczej, zorganizowanego w Monaco w 1967 roku. Dopuszczenie ojca do aktywnego udziału w porodzie, praktykowane m.in. w wielu klinikach francuskich, ma na celu umożliwienie mu przeżywania radości widzenia, jak dziecko przychodzi na świat. Ojciec wówczas poznaje w sposób konkretny wysiłek matki w porodzie, sam czyn­nie jej pomaga i staje się pośrednikiem między rodzącą a lekarzem położnikiem. Do wykonania tej funkcji uspo­sabia go to, że zna on dobrze organizm rodzącej, rozumie jej reakcje i gesty, wyczuwa słabe punkty czy ewentualne braki w przygotowaniu, wyrażające się na przykład trud­nością oddychania przeponą zgodnie z przebiegiem fali skurczowej. Współpraca mężów w porodzie znalazła odzwierciedle­nie w badaniach ankietowych przeprowadzonych w Tulu­zie przez Fallieresa. Zwróćmy uwagę na niektóre wypo­wiedzi: Pytanie: „Jak przeżył pan czas przygotowania?” Odpowiedź: „Dziecko było mi bliskie jeszcze zanim się narodziło, bo byłem zorientowany w jego śródmacicznym rozwoju” lub: „W miarę trwania przygotowania wzrastała moja odpowiedzialność jako ojca rodziny”. Pytanie: „Czy brał pan udział w porodzie?” Odpowiedź: „Tak, bardziej uczestniczyłem niż myśla­łem o tym kiedykolwiek” lub: „Tak, i to była najpiękniej­sza chwila, jaką dane mi było przeżyć”. Ciekawe są również wypowiedzi mężów na temat przy­gotowania do porodu. Pytanie: „Czy przygotowanie wniosło coś do wzajem­nych stosunków was obojga jako pary małżeńskiej?” Odpowiedź: „Tak, pogłębiło nasz wzajemny kontakt, uzyskaliśmy lepsze obopólne zrozumienie, a dziecko i jego rozwój stało się naszym wspólnym celem” lub „Jest pew­ne, że to przygotowanie przyczyniło się do naszego peł­niejszego wychowania seksualnego”. Ostatnia wypowiedź budzi szczególne refleksje. Mamy tu wyrazisty przykład scalenia (integracji) wychowania seksualnego i rodzicielskiego. W tym ujęciu seksualizm sięga najgłębszych i najistotniejszych powiązań z funkcją przekazywania i ochrony życia. Widzimy, jak dalece przy­gotowanie profilaktyczne umożliwia wzajemne poznanie się małżonków i pogłębienie więzi, opartej na odpowiedzialności indywidualnej i wspólnej.