Relacje matek z przebiegu porodu

Relacje matek z przebiegu porodu

1. G. P. lat 21, studentka Politechniki, zamężna od 3 lat. Jej mąż: lat 28, inżynier elektryk. Warunki socjalnoby­towe dobre. Ciąża pierwsza. W dniu 2 I 1970 r. o godz. 21 min. 55 urodziła siłami natury noworodka płci męskiej, wagi 3100 g, długości 50 cm, w stanie ogólnym b. dobrym. Poród trwał 8 godzin 15 minut. „Ponieważ poród był dla mnie jednym z najmocniejszych doznań w życiu, a ankieta, którą wypełniłam, nie dała mi prze­kazać w pełni wszystkich wrażeń i obserwacji z tych chwil, pozwalam więc sobie przekazać je w dołączonym do ankiety opisie. Mam nadzieję, że może zawarte w nim obserwacje przy­czynią się do większego jeszcze spopularyzowania Szkoły Ma­tek, której ja i moje dziecko tyle zawdzięczamy. Do Szkoły Matek zaczęłam uczęszczać w ósmym miesiącu ciąży. Niestety, ćwiczenia w szkole odbywałam niezbyt regu­larnie z powodu studiów i częstego przeziębienia. Nie znaczy to, że w ogóle przerwałam przygotowanie do porodu. Konty­nuowałam je w domu regularnie, korzystając z książki pt. „Szkoła Rodzenia” . W ćwiczeniach pomagał mi mąż. Muszę przyznać, że już w pierwszych chwilach zetknięcia się z atmo­sferą Szkoły Matek i jej założeniami ustąpił z mej psychiki nie­pokój, któremu niestety na skutek dotychczasowych wiado­mości uległam. Mówiłam sobie co prawda, że choćby nie wiem jaki był ból, to go przetrzymam, nie będę krzyczeć ani bać się. Jednakże prawdziwy spokój i pewność, że rzeczywiście mogę coś z siebie w porodzie dać, uzyskałam dopiero po zapoznaniu się z przebiegiem porodu w Szkole Matek. Oczekiwałam porodu w dniu 10 stycznia, lecz kilka dni wcze­śniej nad ranem zaczęłam odczuwać lekkie skurcze w okolicy szyjki macicy. Nie zwróciły one jednak mojej uwagi. Zaczęłam stosować równomierne oddychanie torem brzusznym, ponieważ już wcześniej udawało mi się w ten sposób zlikwidować nie­potrzebne naprężenie w jamie brzusznej. Zaniepokoił mnie do­piero fakt, że skurcze te zaczęły być regularne w odstępach mniej więcej 15—20minutowych. Zaznaczam, że były bardzo lekkie i za pomocą takiego oddychania udawało mi się całko­wicie je rozładowywać. Po porozumieniu się z mężem doszli­śmy do wniosku, że należy w najbliższym czasie udać się do szpitala, ponieważ mieliśmy wrażenie, że rozpoczęła się I faza okresu rozwierania. Po przybyciu do szpitala przeprowadzono wstępne badanie, które wykazało rozwarcie na jeden palec. Ponieważ wszystkie miejsca na sali porodowej były zajęte, umieszczono mnie w sali, gdzie leżały kobiety ciężarne. Skur­cze stawały się coraz częstsze, występowały co 5 minut i trwa­ły około 30 sekund. Leżałam na łóżku i oddychałam, stosując oddychanie tzw. I fazy. Dwa głębsze wdechy i wydechy na początku, następne coraz częstsze i szybsze, a pod koniec skur­czu znów dwa oddechy pogłębione i zwolnione. Moje zachowanie wzbudziło wśród kobiet znajdujących się na sali żywe zainteresowanie. W przerwie więc między skur­czami udzielałam informacji o oddychaniu w czasie porodu, ponieważ okazało się, że żadna z nich nie słyszała o Szkole Matek. Skurcze stawały się coraz częstsze i mocniejsze, oddy­chałam bardziej intensywnie, nadal jednak stosując metodę I fazy. Muszę przyznać, że byłam nawet nieco zaniepokojona, ponieważ skurcze te wydawały mi się jak na okres I fazy roz­wierania nieco za silne. Zdawało mi się, że wkraczam już w II fazę. Leżenie zaczęło stawać się uciążliwe, wstałam więc i zaczęłam chodzić, oddychając torem brzusznym w czasie skur­czu. W pewnej chwili zrobiło mi się nieco słabo i wystąpiły wymioty. Do wymiotów miałam zawsze duże skłonności (cho­roba morska, silne wymioty na początku ciąży), dlatego nie wzbudziły u mnie żadnych podejrzeń ani zaniepokojenia, od­wrotnie, poczułam się po nich dużo lepiej.Znów zaczęłam spa­cerować, oddychając. Skurcze były mocne, ale dobrze uda­wało mi się je opanowywać. Kobiety leżące na sali zaniepo­kojone moim stanem przywołały pielęgniarkę, która z kolei zawiadomiła lekarza. Po zbadaniu okazało się, ku mojej rado­ści, że rozwarcie jest już na cztery palce, czyli stan zaawanso­wanej II fazy. Przeniesiono mnie teraz do sali porodowej. Szyb­ko stamtąd uciekłam wystraszona krzykami i znów spacero­wałam po korytarzu. Skurcze były mocne i częste, mniej więcej co 3 minuty, ale udawało mi się zupełnie rozładowywać na­pięcie. Byłam spokojna, bo wiedziałam, że do końca jest już niedaleko. Od czasu przybycia do szpitala minęło około 4,5 godz. Gdy spacerowałam po korytarzu, przychodziły do mnie kobiety z sali oglądać, czy rzeczywiście tak mało mnie boli. Tymczasem zjawiła się lekarka i z powodu tak dużego rozwarci a zabroniła mi przebywać na korytarzu. Na sali porodo­wej oprócz mnie były jeszcze 3 kobiety. Dwie leżały na łóż­kach i głośno jęczały, trzecia natomiast, znajoma ze Szkoły Matek, chodziła i przy pomocy oddychania rozładowywała na­pięcie towarzyszące bardzo mocnym skurczom. Zostałam po­nownie zbadana, rozwarcie było pełne. Skurcze się nasilały i zaczął się wydzielać krwawy śluz. Zachowanie moje i mojej koleżanki ze Szkoły Matek wzbudzały nadal zainteresowanie pozostałych rodzących. Zadawały nam pytania: „Czy pomaga to, co panie robią? Niech mnie panie nauczą, ja już nie mogę wytrzymać”. Próbowały nas naśladować, ale nie bardzo to się im udawało. U mojej koleżanki tymczasem zaczęły się skurcze parte. Nabierała powietrze i zatrzymywała jakiś czas w płu­cach, spychając w dół przeponę. Ponieważ skurcze moje były silniejsze, położyłam się, a ra­czej wdrapałam, na wysokie łóżko. Było ono jeszcze o tyle nie­wygodne, że posiadało jakieś wklęśnięcie pośrodku, co z kolei powodowało złe ułożenie miednicy, która była za nisko. Z lek­tury wiedziałam, że prawidłowe ułożenie jest inne, tzn. krę­gosłup i miednica tworzą łuk. Próbowałam naprawić to ułoże­nie przez podłożenie pięści pod krzyż. Takie położenie było znacznie wygodniejsze. Wygodne także okazało się lekkie ugię­cie nóg przy jednoczesnym niewielkim ich rozwarciu. Wyraźną ulgę przynosiło mi ziajanie na szczycie skurczu. W tych chwi­lach zupełnie traciłam kontakt z otoczeniem, nie słyszałam już krzyków i jęków pozostałych rodzących. Gdy mijał skurcz, za­padałam w takie odprężenie, że niemal spałam, gdy wracał skurcz, skupiałam się w najcięższym jego momencie na szybkim i płytkim ziajaniu. Było to trudne, ponieważ miałam wrażenie, że na moim brzuchu leży co najmniej 30kilogramowy ciężar. Wkrótce też poczułam skurcze parte. Zawiadomiłam natych­miast lekarza. Niestety był akurat zajęty. Tymczasem moją towarzyszkę z sąsiedniego łóżka, która bardzo już krzyczała, zabierano na fotel. Byłam zaniepokojona, lekarka zabroniła mi przeć, a skurcze zaczęły być zbyt silne, by je opanować odde­chami. Wiedziałam poza tym, że przy takich skurczach partych należy bezwzględnie przeć. To był najtrudniejszy moment po­rodu, jedyny który rzeczywiście mnie wyczerpał. W końcu nie wytrzymałam i zaczęłam przeć. Odbywało się to w końcu bez mojej woli, a przynosiło wyraźną ulgę. Po pierwszej takiej próbie pękł pęcherz z wodami płodowymi. Coraz więc ener­giczniej zaczęłam domagać się przeniesienia na fotel. Wreszcie przewędrowałam tam. Początkowo na fotelu przeszły mi skurcze parte, lecz wkrót­ce pojawiły się znowu. Była już teraz przy mnie lekarka i po­łożna. Przybrałam pozycję do parcia, pamiętając o mocnym zamknięciu oczu i przyciąganiu głowy. Parłam trzymając się uchwytów. To był bardzo duży wysiłek, nie czułam jednak żadnego bólu, mimo nawet, że słyszałam, że nacięto krocze. Po dwóch skurczach główka zaczęła ukazywać się w kroczu, o czym powiadomiła mnie położna. Położna mówiła, że widzi już czarne włoski na główce mojego dziecka. To dodało mi sił przy następnym skurczu. Pomagała mi lekarka i położna. Wymieniłam powietrze i znów parłam. Nie poczułam nawet, kiedy główka znalazła się na zewnątrz. Zobaczyłam jedynie wysuwające się z mojego ciała, lekko, bokiem, lśniące, gładkie ciałko maleństwa. To był chłopiec. Byłam w tym momencie najszczęśliwsza. Dziecko było takie śliczne, głośno krzyczało, dając dowód swojego zdrowia i siły. Była to przecudowna chwila. Odczułam wielką ulgę i w tej wielkiej radości nie czułam nawet zmęczenia. Za moment przy pomocy położnej, która ucisnęła macicę, wysunęło się łożysko. Poród był skoń­czony. Kończę opis mojego porodu. Jest on bardzo długi, ale stara­łam się jak najwierniej odtworzyć wrażenia owego wieczora, mając nadzieję, że może będą one przydatne w kontynuowaniu pięknych idei świadomego porodu, z czynnym udziałem prze­żywającej go kobiety”. 2. S. S. lat 24, lektor języka angielskiego, zamężna od 2 lat. Jej mąż: lat 24, student prawa. Warunki socjalnobytowe trudne. Ciąża pierwsza. W dniu 31 X 1970 r. 0 godz. 5 urodziła siłami natury noworodka płci żeńskiej wagi 3500 g., dł. 54 cm., w stanie ogólnym bardzo dobrym. Poród trwał 7 godzin. „Gimnastykę w Szkole Rodzenia rozpoczęłam w VI miesiącu ciąży. Od początku ciąży korzystałam z ćwiczeń podanych w książce doc. dr W. Fijałkowskiego i mgr Marii Musur pt. „Gimnastyka dla kobiet w czasie ciąży i połogu”. Ćwiczyłam codziennie z wyjątkiem dni, w których niespodziewana zmiana ustalonego trybu (miejsca pobytu np.) lub złe samopoczucie nie pozwalały na ich wykonanie. Ćwiczenia utrudniało mi czasami złe samopoczucie. W pierwszych miesiącach ciąży związane to było z prostowaniem się macicy (miałam tyłozgięcie) i zabu­rzeniami hormonalnymi. Wystąpiło znaczne zmniejszenie ape­tytu, częste wymioty, omdlenia, krwawienia z nosa. W VI mie­siącu stwierdzona została anemia ciążowa i niedoczynność ciał­ka żółtego. Miałam przeprowadzane badania kontrolne w kli­nice. Z chwilą rozpoczęcia systematycznej gimnastyki w Szkole Rodzenia samopoczucie moje znacznie się poprawiło. 4 razy w tygodniu jeździłam na zajęcia do Szkoły, w pozostałe dni ćwiczyłam w domu. Dość silne skurcze w czasie ćwiczeń odde­chowych związane prawdopodobnie z ułożeniem płodu spra­wiały dodatkową trudność. Umiejętność ich opanowywania by­ła wielką pomocą w czasie porodu. Przygotowań do porodu nie ograniczaliśmy tylko do moich ćwiczeń sprawnościowo oddechowych. Korzystaliśmy wraz z mężem ze spotkań z lekarzem w Szkole i z książek oraz publikacji specjalistycznych. Dużego wkładu energii i panowania nad sobą wymagała nasza sytua­cja rodzinna. Mieliśmy liczne i poważne kłopoty, zmartwienia i częste okazje do zdenerwowania. Usilnie staraliśmy się stworzyć pomimo wszystko atmosferę odprężenia i spokoju. Ży­liśmy i rośliśmy wraz z naszym dzieckiem i to było najważ­niejsze. Termin porodu wyznaczony był na 9 XI br. Wiedząc z obserwacji, jak źle reagują kobiety na przesuwanie się ter­minu i opóźnienia porodu, a także wiedząc, że jedynie 40% mniej więcej rodzi przed lub w terminie, a pozostałych 60% po wyznaczonej dacie, nastawiłam się na tę ostatnią ewentual­ność. Tymczasem pogorszyło mi się nagle samopoczucie i po tygodniu silnych skurczy w nocy, trwających nieraz bez prze­rwy przez 3—4 godziny (nie zapominałam nigdy o oddychaniu, pomagało mi to opanować mięśnie i doprowadzić do maksy­malnego rozluźnienia), przyszła noc powtarzających się co 5—4,5, a następnie co 3 minuty skurczów. Rozpoczęły się one godz. 22 i trwały do 3 min. 30. O tej porze zdecydowaliśmy się z mężem pojechać do kliniki. Chcieliśmy się upewnić, czy przypadkiem to nie jest już poród (do końca przekonana byłam, że jeszcze jest sporo czasu). O 3 min. 50 byłam już na sali poro­dowej i po stwierdzeniu rozwarcia na 1 palec (a więc jednak niespodzianka) położyłam się na łóżku. Najwygodniejszą pozy­cją była pozycja leżąca na boku i półsiedząca. Skurcze stawały się coraz częstsze i dłuższe, była to już II faza okresu rozwiera­nia. Całą uwagę koncentrowałam na przemiennym oddychaniu i rozluźnianiu się. To nie było łatwe. To był mój bezsłowny dialog z maleństwem, któremu nie było łatwiej niż mnie, a przy tym było tak bardzo bezradne. Już po godzinie odpły­nęły wody i odczułam skurcze parte. Rozpoczął się II okres po­rodu. O godz. 4 min. 55 urodziła się nasza córeczka. Byłam cały czas bardzo spokojna, doskonale współpracowało mi się z siostrą położną. Bezpośrednio po porodzie byłam bardzo oży­wiona, dominowało silne wzruszenie, uczucie radości i ogrom­nej satysfakcji. Nie zawiodłam, opanowałam skłonną do bezładności i pośpiechu akcję skurczową; dziecko było zdrowe, całe, a u mnie nie nastąpiło nawet najmniejsze pęknięcie. Po­ród jest i powinien być wspaniałym przeżyciem. Szkoła Rodze­nia walcząc z tradycyjnymi wyobrażeniami o ciąży i porodzie i propagując postawę aktywną, spełnia piękne i wielkie zada­nie.” 3, Cz. B. lat 34, inżynier toksykolog, zamężna od 11 lat. Jej mąż: lat 39, inżynier budowlany. Warunki socjalnobytowe dobre. Pierwszy poród w wieku lat 24 siłami na­tury, drugi w wieku 29 lat ukończony cięciem cesarskim z powodu braku czynności porodowej w warunkach za­grożenia płodu. Obecnie jest to trzeci poród. W dniu 1 XI 1970 r. o godz. 5 min. 10 urodziła siłami natury no­worodka płci żeńskiej, wagi 3350 g, dł. 52 cm, w stanie ogólnym dobrym. Poród trwał 5 godzin. ,,Do Szkoły Matek zaczęłam uczęszczać w 7 miesiącu ciąży. W zajęciach miałam 2 przerwy, tj. 17dniowy urlop oraz 9dniowe zwolnienie. Ostatnie zajęcia miałam 10 dni przed porodem. Celem moim było odzyskanie sprawności fizycznej poprzez ukierunkowaną gimnastykę, bowiem w okresie ciąży nastawio­na byłam na komplikacje. Przed porodem częściowo wyzbyłam się lęku, za wszelką cenę starałam się opanować. W czasie skurczów stosowałam wyuczoną technikę oddychania, co bar­dzo zmniejszało ich odczuwalność. Odczuwalność ta była rzędu 20% w stosunku do odczuwalności skurczów przy pierwszym porodzie. Poród trwał od godz. 24 do 5. Najwygodniejszą po­zycją w czasie skurczów było dla mnie leżenie na wznak. Cho­dzenie i stanie sprawiało mi trudności (może ze względu na ży­laki — choć objawiało się to uczuciem duszności). Dziecko uro­dziło się przy jednym skurczu partym. Szczegóły porodu i oce­nę mojej postawy (chyba niezłą) może wystawić zespół odbie­rający poród. Po porodzie byłam bardzo zadowolona ze Szkoły Rodzenia, bowiem nie spodziewałam się takich efektów. W mo­im środowisku będę popularyzować Szkołę Rodzenia, ponieważ już w czasie moich zajęć było dość duże zainteresowanie i ocze­kiwanie na efekty”. 4. E. B. lat 23, kreślarz, zamężna od 2 lat. Jej mąż: lat 24, student Politechniki. Warunki socjalnobytowe średnie. Ciąża pierwsza. W dniu 6 XI 1970 r. urodziła siłami natu­ry noworodka płci żeńskiej, wagi 3430 g, dł. 50 cm, w stanie ogólnym b. dobrym. Poród trwał 9 godzin i 50 minut. „Każda kobieta będąca w ciąży myśli o porodzie. Ja rów­nież od samych początków ciąży myślałam o tym, co ma nastąpić. Starałam się jednak nie rozmawiać na ten temat ze znajo­mymi, które w swych serdecznych opowiadaniach nie pod­noszą na duchu przyszłej matki, lecz straszą wielkimi bólami, cierpieniami i największymi katorgami. Dlatego też o mojej ciąży wszyscy znajomi, nawet rodzice, zaczęli dowiadywać się dopiero od siódmego miesiąca. Nigdy nie odczułam żadnego strachu czy lęku przed poro­dem. Kiedy już nawet ktoś mówił — „zobaczysz co to za ból” odpowiadałam — „ja bóli nie będę miała, poród mego dziecka będzie inny niż wszystkie”. I uważam, że stało się tak jak mó­wiłam. Przez całą ciążę starałam się prowadzić normalny tryb życia pod każdym względem. Szósty miesiąc ciąży byl dla mnie bardzo przyjemnym okresem. Byłam na wędrówce z ple­cakiem i namiotem w Bieszczadach. Samopoczucie fantastycz­ne, sama dziwiłam się, że czuję się tak dobrze. Koleżanki mó­wiły: „zobaczysz, w ostatnich miesiącach sama się nie umyjesz”. NIE WIERZYŁAM!!! W siódmym miesiącu ciąży zgłosiłam się do Szkoły Matek, 0 której jest już dość głośno w naszym mieście. Na zajęcia cho­dziłam we wszystkie dni, w które się one odbywały (początko­wo 3 razy w tygodniu, w następnym miesiącu 5 razy, a w ostat­nim ponownie 3 razy). Nie odczuwałam żadnych dolegliwości, wprost przeciwnie, czułam się jeszcze bardziej rześka i ruchli­wa. Do końca ciąży sama myłam się, schylałam, nie miałam „kaczkowatego chodu”, który w ciąży zaawansowanej wystę­puje u wielu kobiet. Cały czas czułam się bardzo dobrze. Zbli­żał się poród. Nie odczuwałam najmniejszego lęku czy niepew­ności, lecz radość i spokój. Kiedy wystąpiły pierwsze regu­larne skurcze (co 8 minut), byłam bardzo zadowolona, że już za kilka godzin będzie upragnione maleństwo. Spokojnie obrębia­łam ostatnią pieluszkę i w chwilach skurczu oddychałam we­dług wyuczonego w Szkole wzoru. Skurcze I okresu rozwie­rania macicy odczuwałam jako sygnał mobilizujący do współ­pracy. Po trzech i pół godzinach zaczęły występować częściej, mianowicie co 3 minuty. Cieszyłam się bardzo, ale nie chciałam iść do Kliniki, bojąc się wysłuchiwania jęków rodzących. Po następnych 2,5 godzinach zgłosiłam się do II Kliniki Położni­czej celem odbycia porodu. Skurcze co 3 min. trwały 4 godziny i po tym czasie wystąpiły już co 1 min. Odprężenie mięśniowe między skurczami nie sprawiało mi najmniejszego kłopotu. Po­trafiłam rozluźniać mięśnie do tego stopnia, że 1 minuta odprę­żenia wydawała mi się bardzo długa, a nie, jak mówi wiele kobiet, że miały „bóle bez przerwy”. Najdogodniejszą pozycją w II fazie rozwierania była dla mnie pozycja półsiedząca. Po­nieważ nie miałam możliwości leżenia w takiej pozycji, gdyż leżałam na kozetce przed salą porodową (nie było żadnego wol­nego łóżka), ułożyłam się na boku z lekko podkurczonymi no­gami. Nastąpił II okres porodu — okres parcia. Nie parłam długo. W momencie kiedy położna powiedziała „nie przeć”, za­częłam oddychać przez usta wiedząc, że teraz rodzi się główka. Fakt ten nie sprawił mi żadnego kłopotu, skurczu partego pra­wie nie czułam, gdyż całą moją uwagę pochłaniało rodzące się dziecko. Panie po porodzie mówią o tej chwili: „a co robić, gdy chce się przeć, a przeć nie wolno”. Nie wierzą, że uczucie parcia można przezwyciężyć oddychaniem przeponą. Kobiety twier­dzą: „po porodzie chce się spać, jest się tak zmęczonym fizycz­nie”. Ja nie czułam fizycznego zmęczenia, czułam tylko wielką radość i nawet po kilku godzinach nie mogłam usnąć. Urodziła się córka wagi 3,430 kg i długości 51 cm. Oboje z mężem spo­dziewaliśmy się córy. Nigdy nie chciałabym rodzić w narkozie lub jakimś znieczuleniu. Muszę wiedzieć co się dzieje, muszę dać w ten poród swój wkład dla własnego dziecka. Uważam, że kobieta powinna przejść takie przygotowanie, a nie byłoby mowy o bólach, lecz skurczach, co uważam za prawidło­we określenie. Dlaczego na przykład nie mówi się „złapał mnie ból w nogę” lecz złapał mnie skurcz? Są to przecież bardzo po­dobne skurcze i można mówić prawidłowo, a nie łączyć porodu z bólami. Olbrzymi wpływ ma nauka oddychania i relaksu. Ja nawet nie musiałam myśleć o tym, że jeśli skurcz — to oddy­chanie, a jeśli przerwa — to relaks, robiłam to zupełnie auto­matycznie dzięki Szkole Matek. Jestem bardzo zadowolona z przeszkolenia i mojego porodu. Tak właśnie wyobrażałam so­bie poród mojego dziecka i uważam, że jest to najprzyjemniej­sza chwila w życiu kobiety.” 5. E. M. lat 23, ukończyła studia wyższe (fizykę), nie pracuje zawodowo, zamężna od 1,5 roku. Jej mąż: lat 26, pracownik naukowy. Warunki socjalnobytowe mniej niż średnie (mieszkanie 5 m2 na osobę, zarobki 900 zł na oso­bę). Ciąża pierwsza. W dniu 9 XI 1970 r. o godz. 0 min. 30 urodziła siłami natury noworodka płci męskiej wagi 2900 g. długości 51 cm, w stanie ogólnym b. dobrym. Poród trwał 6 godzin i 25 minut. „Ciąża nie była planowana, przyjęłam ją bez zadowolenia, raczej jako cios przekreślający moje plany. Dopiero wraz z pierwszymi ruchami odczułam radość.Przestałam bać się tyl­ko o siebie, zaczęłam myśleć o dziecku. Wiadomości o porodzie i ciąży zasięgałam głównie w Szkole Matek i z książek. Opo­wiadania koleżanek i rodziny były raczej typu „bóle nie do zniesienia”, „dziecko nagrodą za cierpienie”… W chwili rozpoczęcia porodu odczułam wielką radość, a za­razem zaciekawienie jego przebiegiem; czy okaże się pasmem cierpienia czy przeżyciem macierzyńskim, czy dobrze zdam ten egzamin, czy dopomogę dziecku, czy będzie dobrze dotle­nione. Doznania towarzyszące skurczom I fazy porodu odebra­łam rzeczywiście jako sygnał do aktywnej współpracy. Byłam zdziwiona, że są tak mało dokuczliwe, raczej ich regularność przekonała mnie o rozpoczynającej się akcji porodowej. Nato­miast skurcze II fazy były dużo bardziej intensywne i nie miały charakteru opasującego: na przemian odczuwałam je w dole brzucha i w krzyżu. Czas na rozluźnianie był krótki. W tym okresie poprawiało samopoczucie przypominanie tek­stu wypisanego na tablicy w Szkole Matek: „Poród — to prze­łomowa chwila w życiu Twego dziecka…”. W chwilach między skurczami zdanie „trzeba się rozluźnić, odpocząć, następny skurcz będzie lepszy, jestem coraz bliżej końca.” Im mocniej­sze były skurcze, tym głośniej sobie to powtarzałam. Wiedzia­łam, że dobre przygotowanie i należyta współpraca w czasie porodu mogą skrócić czas jego trwania nawet o parę godzin. Byłam przekonana, że to właśnie mnie dotyczy. Najwygodniejszą pozycją w drugiej fazie było leżenie na bo­ku (w czasie trwania skurczu). Szybkie przekręcenie się na wznak pozwoliło bez straty czasu na osiągnięcie w nowej po­zycji pełnego rozluźnienia oraz dawało możność szybkiego pod­jęcia dalszej pracy. Jedynym punktem, nieoczekiwanym w akcji porodowej, by­ło wystąpienie skurczu partego przed uzyskaniem pełnego rozwarcia. To był krótki moment (2 skurcze parte), jednak wstrzymanie parcia było przykre. Na fotelu porodowym parcie odczułam jako wysiłek. Na moją postawę w czasie porodu znacznie wpłynęły poga­danki w Szkole Matek, oraz przeczytanie książki ,,Szkoła Ro­dzenia” (część rozdziałów czytałam nawet 5—6krotnie). Na zajęcia do Szkoły Matek zaczęłam uczęszczać na 10 tygodni przed porodem. Ćwiczenia powtarzałam raz dziennie. W tym okresie nie tylko nie pojawiły się żadne dolegliwości, ale na­wet ustąpiła ociężałość i senność. Równocześnie wzrosło prze­konanie, że ciąża nie jest okresem, który należy cierpliwie przeczekać, a nagrodą będzie dziecko. Uwierzyć w to, że ból nie jest zjawiskiem koniecznym w porodzie, że odczucia kobiety zależne są od niej samej, od jej nastawienia psychicznego zna­czy tyle, co uwolnić się od bólu porodowego. Znajomość prze­biegu porodu, świadomość, że kobieta spełnia ważną funkcję ochrony dziecka, że może mu ułatwić lub utrudnić przejście przez drogi rodne, mobilizuje do aktywnej współpracy. Myślę, że bardzo ważne jest zachowanie się położnej. Gdy powiedziała do lekarza (byli już po trzech porodach): „przy tym porodzie nie będzie tyle krzyku, jest przygotowana w „Szkole”, poczułam nawet dumę i chęć dorównania poprzed­niczkom ze Szkoły, które wyrobiły nam taką piękną opinię. Gdybym nie przebywała na sali porodowej wraz z innymi krzyczącymi kobietami i później po porodzie nie obserwowała zachowanie się rodzących nie przygotowanych, nie wiedziała­bym, jak dużo zawdzięczam Szkole. Starałam się podczas całe­go porodu panować nad sobą, cały czas bez względu na krzyki z sąsiedniego łóżka sali porodowej — oddychać, osiągać pełny relaks, nie uciekać, a raczej rozluźniona czekać na następny skurcz. Takie zachowanie uważałabym za naturalne dla wszyst­kich kobiet. Wiem, że swój poród mogłam rozegrać jeszcze le­piej, niż to zrobiłam, ale wiem również, że nie czułabym żad­nej satysfakcji, gdybym nie przestawiła się na myślenie o dziec­ku (tego nauczyłam się w Szkole). Może nie udało mi się cał­kowicie zapomnieć o sobie, ale uważam, że osiągnęłam dużo pamiętając o dziecku, o niebezpieczeństwie, na jakie jest narażone, o tym jak bardzo zależne jest ode mnie. Całkowita zmia­na sposobu myślenia jest dość trudna tym bardziej, że samo po­jęcie rodzenia bez bólu jest mało znane, i raczej kojarzy się. z narkozą lub znieczuleniem miejscowym. W związku z moją dość trudną sytuacją mieszkaniową i materialną zmuszona je­stem wyprowadzić się z Łodzi. W nowym miejscu nie będę mo­gła propagować Szkoły Matek, ale na pewno będę polecać wszystkim ciężarnym książkę „Szkoła rodzenia” dr W. Fijał­kowskiego, zestaw ćwiczeń w niej podanych oraz metodę ter­miczną regulacji urodzeń. Marzeniem moim było przebycie po­rodu, chociażby tylko pierwszego okresu, wraz z mężem. Uwa­żam, że wiedza o ciąży i porodzie powinna być bardziej roz­powszechniona także wśród mężczyzn. Słownictwo dotyczące ciąży i porodu nie mogą kojarzyć się z cierpieniem, ze stanem nienormalnym. Kobietom dość ciężko jest zrezygnować z mitu, który czyni je cierpiętnicami.” 6. T. O. lat 33, cerowaczka (przemysł włókienniczy), za­mężna od 10 lat. Jej mąż: lat 36, robotnik kwalifikowany. Warunki socjalnobytowe niekorzystne. Poród drugi. W dniu 16 XI 1970 r. o godz. 16 min. 40 urodziła siłami natury noworodka płci męskiej, wagi 3280 g, długości 51 cm, w stanie ogólnym b. dobrym. Poród trwał 5 godzin i 45 minut. „Moje zajście w ciążę było nie planowane, ale byłam nawet zadowolona, gdyż chciałam mieć drugie dziecko. Miałam jed­nak poważne zaniepokojenie co do samej siebie, bo stwierdzono u mnie poważną chorobę serca. Lekarz internista, dowiedziaw­szy się o mojej ciąży, bardzo mnie chciał przekonać, że może ona być zagrożeniem mojego życia i proponował zabieg usunię­cia ciąży. Bardzo się tym zmartwiłam, ponieważ chciałam mieć to dziecko i nie pochwalam tych zabiegów. Zaryzykowałam jednak wytrwać do końca i czekać na dobry rezultat. Czytając niektóre broszury, dużo z nich skorzystałam; mię­dzy innymi dowiedziałam się o Szkole Rodzenia. Spróbowałam zgłosić się. Zaczęłam korzystać z ćwiczeń w siódmym miesiącu ciąży i ćwiczyłam do ostatnich dni przed rozwiązaniem. Stwier­dziłam bardzo dobre samopoczucie i zadowolenie. Zginął mój lęk zagrożenia. W czasie porodu czekałam tylko z zaciekawie­niem, kiedy urodzę i jaką rolę odegram. Otóż przyszedł mój szczęśliwy dzień. Szłam do szpitala bez żadnego lęku, bez żadnych wątpliwości nawet o moim sercu. Szłam jak na normalne ćwiczenia, no i wcale się nie zawiodłam. Pierwsze skurcze miałam dość łagodne. Dzięki oddychaniu przemijały dość szybko. Po 4 godzinach wystąpiły skurcze par­te. Ledwo położyłam się na fotelu, dziecko zaczęło się rodzić, aż siostra położna wraz z lekarzem byli zachwyceni. Potwier­dzili, że poród był pokazowy. Wtedy naprawdę byłam szczę­śliwa, czułam się doskonale. Wiele zawdzięczam Szkole Rodze­nia, szczególnie założycielom i instruktorom tej Szkoły.” 7. N. K. lat 31, technik odzieżowiec, zamężna od 1,5 ro­ku. Jej mąż: lat 36, inżynier mechanik. Warunki socjalnobytowe dobre. Ciąża pierwsza. W dniu 11 XII 1970 r. o godz. 15 min. 50 urodziła siłami natury noworodka płci żeńskiej, wagi 3420 g, długości 51 cm. Stan ogólny nowo­rodka b. dobry. Poród trwał 10 godzin i 45 minut. „Od początku VI miesiąca ciąży zaczęłam odczuwać silne bóle w dole brzucha. Lekarka, która mnie badała, stwierdziła nadmierne pobudzenie skurczowe. Otrzymałam zwolnienie z pracy. W okresie tym byłam zupełnie wyłączona z normal­nego życia, nie wolno mi było nawet chodzić po mieszkaniu, bo groziło poronienie. Na zwolnieniu lekarskim byłam 6 tygodni. Każdy tydzień utrzymania ciąży był bardzo istotny dla życia dziecka. W tej sytuacji otrzymałam skierowania do II Kliniki Położniczo Ginekologicznej AM. Byłam wówczas w VII mie­siącu ciąży. Po tygodniu pobytu w klinice, na skutek zastoso­wania tam terapii „pogotowie skurczowe” minęło. Zalecono mi, abym po wyjściu z kliniki udała się do Szkoły Rodzenia. Le­karz kierujący uważał, że w moim przypadku stosowane tam ćwiczenia mogą mieć korzystny wpływ na złagodzenie napię­cia. Moje pierwsze ćwiczenia były nieco krótsze, ale zaraz po­czułam się lepiej. Dalsze systematyczne uczęszczanie do Szkoły Rodzenia sprawiło, że już po kilku dniach nie odczuwałam żad­nych dolegliwości. Gdy po pewnym czasie znowu zaniedbałam ćwiczenia, zaraz poczułam się gorzej, przy czym powrót do ćwiczeń ponownie rozładował stan napięcia. Obecnie ćwiczę systematycznie. Mogę stwierdzić, że nie odczuwam żadnych do­legliwości i mam dobre samopoczucie.” Na marginesie trzeba dodać, że o wypowiedź poproszono Panią N. K. w Szkole Rodzenia, na parę tygodni przed ter­minem porodu. 8. M. F. lat 24, studentka socjologii, zamężna od 2 lat. Jej mąż: lat 25, geolog. Warunki socjalnobytowe średnie. Ciąża pierwsza. W dniu 13 XII 1970 r. o godz. 8 min. 40 urodziła siłami natury noworodka płci męskiej wagi 3430 g, długości 51 cm, w stanie ogólnym b. dobrym. Po­ród trwał 4 godziny i 50 minut. „Poród, którego oczekiwałam, już od wczesnych miesięcy cią­ży był powodem wielu niepokojów. Była to moja pierwsza ciąża, która nie przebiegała normalnie w swej pierwszej poło­wie: groziło mi poronienie. Wszystko to sprawiło, że psychicz­nie czułam się bardzo źle. Kiedy dowiedziałam się o istnieniu Szkoły Matek, której to celem było właśnie przygotowywanie do porodu zarówno psy­chicznie, jak i fizycznie — tam skierowałam swe kroki. Towa­rzyszyło mi duże niedowierzanie. Już w Szkole spotkałam się z kameralną atmosferą, gdzie każdy kłopot można było przedstawić położnej, czy to na po­gadance czy w przerwie między zajęciami. Zawsze można było otrzymać wyczerpującą odpowiedź. Sama gimnastyka, nauka oddychania i komentarz informu­jący o tym, jak i kiedy występują fazy porodu, dawały jakiś logiczny obraz — możliwość wyobrażenia sobie tego zjawiska. Wyniosłam ze Szkoły przede wszystkim opanowanie psy­chiczne, które pozwoliło mi, gdy byłam już na sali porodowej, nie wpadać w panikę. Umiałam oddychać. Nie wiedziałam jed­nak, czy skurcze, które mam w danej chwili, są skurczami par­tymi, czy jest to np. ustalanie się główki. Wówczas informacja położnej naprowadzała mnie na właściwy sposób reakcji — wykonywałam wtenczas oddechy w określony sposób, nie zasta­nawiając się nad niczym. Stwierdzałam z zaskoczeniem, że oto już skurcz minął i że doznanie mu towarzyszące jest porównywalne z innymi stanami napięcia, jak w przypadku skurczu w łydce. Nie traciłam energii na niepotrzebne krzyki. Byłam zu­pełnie przytomna. Po urodzeniu dziecka, podczas szycia, mo­głam z przyjemnością rozmawiać z szyjącą mnie panią doktór. Mogłam już wtedy szczerze wyrazić swoje zdziwienie, swoje uczucie, jakie towarzyszyło mi cały czas przy porodzie, a mia­nowicie, że najwięcej zależy od nas samych. Zatem umiejętność, którą wyniosłam ze Szkoły Matek, w pełni wykorzysta­łam, co dało mi dużą satysfakcję z dobrze spełnionego obo­wiązku.” 9. H. L. lat 24, lekarka, zamężna od 1 roku. Jej mąż: lat 29 również lekarz. Warunki socjalnobytowe dobre. Ciąża pierwsza. W dniu 16 XII 1970 r. o godz. 3 min. 30 urodziła siłami natury noworodka płci męskiej wagi 3250 g, długości 50 cm, w stanie ogólnym b. dobrym. Poród trwał 10 godzin i 40 minut. „Zajście w ciążę było planowane. Kierowałam się termiczną metodą regulacji urodzeń. Stosowałam systematyczne mierze­nie temperatury podstawowej i notowałam obserwacje od 2,5 roku. Wiadomości o porodzie czerpałam ze Szkoły Rodzenia, od innych lekarzy oraz z podręczników ginekologii i położnictwa. W związku ze zbliżającym się porodem odczuwałam najczę­ściej zaciekawienie i radość. Niepewność budziły we mnie je­dynie wymiary linii międzykolcowej i międzygrzebieniowej — były w dolnych granicach. Gimnastykę rozpoczęłam w końcu 3 miesiąca ciąży, a regu­larne zajęcia w Szkole Rodzenia — w 7 miesiącu. Ostatnie za­jęcia przypadały w dzień porodu. Zalecone ćwiczenia powta­rzałam codziennie, a w wyjątkowych sytuacjach co 2 dzień. W czasie stosowania ćwiczeń nie odczuwałam żadnych dolegli­wości. 15 XII. Rano, jak zwykle udałam się do pracy do szpitala. Samopoczucie miałam bardzo dobre, bez najmniejszych dolegli­wości. W drodze powrotnej, jak co dzień, zakupy, potem nie­wielkie pranie i pieczenie ciasta. Około godziny 14 poczułam delikatne opasujące skurcze w okolicy krzyżowej. Nie wiązałam ich zupełnie z rozpoczynającym się porodem. O godz. 16 byłam w Szkole Rodzenia na gimnastyce. Czułam się bardzo dobrze. Dopiero około godziny 20 stwierdziłam, że skurcze są częstsze, co 20—15 min. Razem z mężem obejrzeliśmy film w telewizji. Oddychałam zgodnie z zasadami podanymi w Szko­le Rodzenia. Ale w dalszym ciągu powątpiewałam w możliwość nadchodzącego porodu. Zbyt często byłam świadkiem „trage­dii” na sali porodowej, słyszałam krzyk, płacz. Położyłam się spać. Około godziny 24 odczułam skurcze co 3—4 min. Ale były to tylko odczucia mobilizujące do aktywnej współpracy. Gdzieś w podświadomości miałam pojęcie bólu przekazane w spadku po przodkach. Nie, tego nie odczuwałam jako ból. Zauważyłam również krwisto podbarwiony śluz. Dopiero wtedy zdecydowa­liśmy się z mężem na wyjazd do kliniki. W izbie przyjęć stwierdzono rozwarcie na 4 palce. Około godz. 3 pękł pęcherz płodowy. Skurcze były już bardzo silne, połączone z uczuciem parcia. Jak konieczne było ćwiczenie bezdechu i pozycji do skurczów partych, dopiero przekonałam się leżąc na fotelu. O godz. 3 min. 20 podłączono kroplówkę z oksytocyna. O godzi­nie 3 min. 30 moje maleństwo było już obok mnie. Czułam się bardzo szczęśliwa. Nie waham się powiedzieć, mimo że brzmi to trochę patetycznie, że była to najpiękniejsza chwila dotąd przeżyta. Przebieg porodu ułatwiałam sobie przez oddychanie w czasie skurczów i odprężenie mięśniowe w czasie pauzy. Nauka oddy­chania, relaksu oraz zatrzymania oddechu i parcia miała na przebieg porodu wpływ decydujący. Ćwiczenia w czasie ciąży wybitnie poprawiały samopoczucie. Kurs spełnił całkowicie moje oczekiwania. Fakt, że tyle kobiet odczuwa poród jako ból, jest nader przykry. Przebycie porodu odczułam zarówno jako ulgę, jak i saty­sfakcję. Skurcze macicy były dla mnie jedynie sygnałem mobi­lizującym do aktywnej współpracy. Największą wagę przywią­zywałam do oddychania w czasie skurczów i odprężenia mię­śniowego między skurczami. Doznania porodowe pochłonęły moją uwagę całkowicie. W II fazie okresu rozwierania najdo­godniejsze było leżenie na wznak. W tej pozycji uczyłam się oddychać w Szkole Rodzenia. Okres parcia był nie tylko wy­siłkiem, ale i zapowiedzią chwili, do której się tak intensywnie przygotowywałam. Miałam przecież wkrótce zobaczyć i usły­szeć moje dziecko. Dlatego bezpośrednio po porodzie nie byłam zmęczona, czułam się szczęśliwa i myślałam tylko o dziecku. Muszę przyznać, że widziałam wiele „antyporodów” i współ­czuję lekarzom, którzy w decydującym momencie usiłują uczyć prawidłowego oddychania i parcia. Dlatego radzę wszyst­kim kobietom przejść podobne przeszkolenie.” 10. G. H. lat 28, mikrobiolog, zamężna od 4 lat. Jej mąż: lat 28, lekarz. Warunki socjalnobytowe dobre. Ciąża pierwsza. W dniu 30 I 1971 r. o godz. 15 min. 10 urodziła siłami natury noworodka płci żeńskiej, wagi 2950 g, dłu­gości 51 cm, w stanie ogólnym b. dobrym. Czas trwania porodu: 15 godzin i 10 minut. „O Szkole Rodzenia dowiedziałam się na tydzień przed prze­widywanym terminem porodu. Wykorzystałam więc ten czas na intensywne ćwiczenia przygotowujące do porodu. W Szkole nauczyłam się oddychać torem brzusznym w poszczególnych okresach porodu. Przygotowanie moje było jednak zbyt po­wierzchowne, ale dobre samopoczucie dodawało mi pewności, że powinnam wytrwać i wykonać dobrze zadanie, jakie posta­wiło mi życie. Lęku przed porodem nie odczuwałam. Z chwilą gdy wystąpiły pierwsze regularne skurcze (co 8 min.), z za­pałem zaczęłam stosować oddychanie właściwe dla pierwszej fazy I okresu porodu. Pauza między skurczami zmniejszała się, ale rozwarcie postępowało bardzo wolno. Po 9 godzinach akcji porodowej, w której z powodzeniem udawało mi się łagodzić skurcze przez oddychanie i relaks, otrzymałam tabletkę oksytocyny (ODA). Byłam bardzo zmęczona. Gdy skurcze stały się bardziej intensywne, z trudem udawało mi się panować nad sobą i właściwie oddychać. W II fazie I okresu otrzymałam dolargan. Przez pewien czas stosowałam typ oddychania wła­ściwy dla tej fazy. Z chwilą gdy skurcz mijał, zasypiałam i na­stępnego skurczu, który mnie budził, nie udawało mi się opa­nować. I tak zaczął się koszmar. Do końca porodu nie udało mi się odzyskać równowagi psychicznej, tym bardziej że skur­cze parte nastąpiły wtedy, kiedy nie było jeszcze pełnego roz­warcia. Zdawałam sobie jednak sprawę, że jedynym sposobem opanowania skurczów to oddychanie i relaks. Niestety moje wysiłki kończyły się niepowodzeniem. II okres porodu prze­biegał szybko. Starałam się współpracować z położną i słuchać jej poleceń. Zatrzymywanie oddechu, umiejętność parcia i wy­miana powietrza (czego nauczyłam się w Szkole) okazała się niezawodna. Jednocześnie myśl o dziecku, które przez brak mojego zdyscyplinowania i niedostatecznego przygotowania do porodu tak bardzo się męczyło, dodała mi sił. Po skończonym porodzie odczuwałam duże niezadowolenie, że nie potrafiłam się opanować. Świadomość, że dłuższy trening w Szkole Ro­dzenia i lepsze przygotowanie do porodu na pewno uczyniłyby mój poród sprawniejszym, pogłębiała moje poczucie winy. Py­tanie, dlaczego tak późno dowiedziałam się o Szkole Rodzenia, długo jeszcze będę sobie stawiała.” 11. B. M. lat 24, zamężna od 3 lat. Był to jej pierwszy poród. Dziecko urodzone z wagą 3350 g. „Od porodu upłynęły już pełne 3 miesiące. Wrażenia z tego życiowego wydarzenia zatarły się nieco, straciły ostrość, ale istota ich nie uległa zmianie — nadal są wspomnieniem pięk­nym i przyjemnym. Często powracam w myślach do tej chwili i zawsze odczuwam coś w rodzaju satysfakcji z dobrze wypeł­nionego obowiązku i (jednak) dumy, że w zasadzie do końca potrafiłam zachować kontrolę, przytomność umysłu i poczucie ważności chwili. Wspominając te godziny, pragnęłabym się podzielić jednym życzeniem, chociaż zdaję sobie sprawę z jego utopijności. Mianowicie jestem głęboko przekonana, że moje dobre samopoczucie w czasie porodu zawdzięczam temu, że by­łam jedyną rodzącą w tym czasie (około 6 godzin) i położna mogła mi poświęcić maksimum uwagi i troskliwości. Wydaje mi się to ogromnie ważne, żeby otoczenie (pielęgniarka, położ­na, lekarz, salowa) nie traktowało rodzącej anonimowo, jako jeszcze jednego z wielu setek przypadków porodu. Pamiętam, że gdy tylko w pobliżu znalazła się salowa, starałam się oddy­chać i pracować jak najlepiej, aby zauważyła to i pochwaliła, aby dała potrzymać się trochę za rękę. Wydaje mi się, że nie należy mimo wszystko przeceniać hartu i siły woli kobiet, a starać się wspierać rodzącą tkliwą uwagą, rozmową i zainte­resowaniem. Pragnę jeszcze raz podkreślić, że nauka oddycha­nia w czasie porodu wydaje mi się konieczna i nieodzowna dla każdej rodzącej. Jestem najgłębiej przekonana, że dzięki Szko­le Rodzenia mój poród był właśnie taki łatwy (pomimo wszyst­ko) i na zawsze pozostanie dla mnie najcenniejszym wspomnie­niem. Córeczka nasza Agnieszka ma dopiero 3 miesiące i trud­no mi zdecydowanie wypowiadać się na temat jej charakteru, uzdolnień czy zainteresowań. Na razie wszystkie moje wysiłki idą w kierunku zapewnienia jej właściwego trybu życia, od­żywiania i pielęgnacji. Agusia jest bardzo duża jak na swój wiek i rozwija się wspaniale. Lekarka w przychodni „D” oświadczyła, że dziecko ma wymiary i wagę właściwą nie­mowlęciu 42 mies. Ogromnie mnie to cieszy i stanowi nie­wątpliwie powód do dumy. Córeczka nasza jest bardzo silna, usiłuje już sama siadać, poznaje osoby z otoczenia i każde pojawienie się znajomej osoby wita śmiechem, machaniem rą­czek, fikaniem itp. Potrafi się też bawić grzechotką i uważnie przygląda się kolorowym kuleczkom… Mąż dzieli ze mną wszy­stkie obowiązki. W nocy wstajemy do małej na zmianę, dzięki temu szybko wróciłam do sił i zdrowia po połogu, a teraz czuję się już zupełnie normalnie i od 3 tygodni pracuję. Drugie dziecko chciałabym urodzić mniej więcej za rok, tak aby róż­nica wieku między rodzeństwem nie była zbyt duża. Chciała­bym bardzo, aby to był chłopiec. Nie wyobrażam sobie, aby moja córka nie miała brata lub siostry, którzy stanowiliby dla niej oparcie w życiu. Uważamy z mężem, że wyrządza się krzywdę dziecku, pozbawiając je rodzeństwa. Obawiałabym się zresztą, że Agnieszka mogłaby wyrosnąć na rozpieszczonego sa­moluba. Sama mam brata i siostrę i nie wyobrażam sobie życia bez nich. Czułabym się samotna i nieszczęśliwa, gdybym była jedynaczką. Dlatego też jestem zdecydowana mieć przynaj­mniej dwoje dzieci. Oczywiście w kolejnej ciąży w odpowied­nim czasie zgłoszę się znowu do Szkoły Rodzenia i będę pilnie uczęszczać na wszystkie ćwiczenia i wykłady. Wiem bowiem już teraz z doświadczenia, jak bardzo jest to potrzebne.”