Poród w relacji ojców

Poród w relacji ojców

1. S. R., lat 27, mgr inżynier mechanik, żonaty od 2 lat. Pomyślny poród nastąpił 16 X 71 r., w 8 godzin po od­wiezieniu żony do kliniki. „Kiedy odprowadzałem żonę do Kliniki Położniczej, zastano­wiłem się głębiej nad moją rolą w akcie narodzin naszego pier­wszego dziecka. W czym żonie pomogłem lub kiedy nie otrzy­mała ode mnie oczekiwanej pomocy, czy jestem przygotowany do czekającego mnie ojcostwa? Od samego początku nie ulegał dla mnie najmniejszej wąt­pliwości fakt, że za zdrowie dziecka, które miało się narodzić, jestem współodpowiedzialny. Moją opiekę dla dziecka ofiaro­wałem żonie. Jej trzeba było ulżyć w wysiłku fizycznym, to ona potrzebowała pamięci o sobie i dziecku, ona oczekiwała uśmie­chu, troski o wspólne dobro. Jej stan psychiczny decydował o przebiegu ciąży i zaważy na samym porodzie. Starałem się jej dać to wszystko. Żona od szóstego miesiąca ciąży przygotowywała się do poro­du w Szkole Matek. Chodzenie na ćwiczenia nie sprawiało jej żadnego kłopotu, a było wręcz przyjemne. W rozmowach ze mną wyrażała zadowolenie z wyników ćwiczeń. Właśnie to sta­nowi dla mnie rękojmię spokoju o sam poród, chociaż układ pło­du jest pośladkowy. Jestem spokojny o żonę oraz mam głębokie zaufanie do lekarzy, oczekuję więc cierpliwie (jednak coraz mniej) na samo rozwiązanie, na narodzenie się naszego dziecka. Dziecko to nowy człowiek. Tymczasem jeszcze różowe, roz­krzyczane maleństwo, a potem już dorosły człowiek — jeden z nas. Po latach zapomnimy z żoną o nieprzespanych nocach, o troskach, których nam przysporzy swoim zdrowiem, zabawą, nauką, młodzieńczym rozwojem, swoimi kłopotami — bo prze­cież zawsze będzie dzieckiem, naszym dzieckiem, które kiedyś zapragnęliśmy mieć, narodzić i wychować. Dziękuję Ci kochana żono za to wszystko. P.S. Przepraszam za swobodny styl. Brak mi często słów, piszę to co czuję, o czym myślę, co dla mnie jest najważniejsze. 2. W. P. lat 24, inżynier elektryk, żonaty od 1 roku. Je­go żona: studentka 6 roku medycyny, lat 23. Poród nastą­pił dnia 13 I 1972 r. Czas trwania porodu 11 godzin. „Pierwsze objawy zbliżającego się porodu dają o sobie znać około godz. 15: zwiększona wydzielina śluzowa oraz pierwsze skurcze. Już od wczoraj zauważyłem, że Basia jest jakaś zmieniona, jakby bardziej skupiona i przygotowująca się podświa­domie do czekającej nas wielkiej chwili. Około godziny 22 skur­cze stają się częstsze i trwają dłużej. A więc już niedługo. Mimo wcześniejszej świadomości, że to musi nastąpić, byłoby to zaskoczenie? Chyba nie. Obawa? Też nie. A jednak coś. Coś, co działa na mnie, jakby głos oczekiwanego dziecka, zapowia­dającego swe przyjście. Jeszcze czekamy. Może to jeszcze nie teraz. Basia jest senna. Ja sprawdzam częstotliwość i czas trwa­nia skurczy, kierując się szybszym oddychaniem Basi w czasie skurczów. Tak bardzo chce się spać. Jest już północ. Chyba to jednak zbliża się poród. Czyżby odeszły pierwsze wody płodo­we? Trzeba jechać do szpitala. Taksówka. Izba przyjęć. I zosta­ję fizycznie sam. Ale duchowo jestem z nią. Kiedy będzie ro­dzić? Czy „szkrab” jest prawidłowo ułożony w łonie? Przecież to nasze pierwsze dziecko. Nie, nie może być żadnych kompli­kacji. Być może będzie ciężko. Ale nic, co wielkie, nie może zostać nieodczuwalne, bądź przez psychikę, bądź też fizycznie. W nocy śpię 2,5 godziny. Na więcej nie mam czasu. Wróciłem dopiero o 3 nad ranem. Rano do pracy i natychmiast telefon do szpitala. Jeden, drugi, bez rezultatu. Wreszcie jest wiado­mość. Wszystko w porządku. Zaczyna się akurat II okres poro­du. Za 30 do 45 minut będzie finał. Muszę być przy niej. Jadę. Jest godzina 10. Płód prawidłowo ułożony — wszystko będzie dobrze. Powinno już być po porodzie. Przedłuża się. Basia jest zmęczona. Z nami jest Miłość. Będzie ciężko, ale może tym le­piej. Więcej później zadowolenia i radości. Przecież Adam L. życzył nam przy ślubie nie „łatwizny” w życiu, ale właśnie umiejętności pokonywania wszystkich trudności i znajdowania w odpowiedniej chwili dosyć siły na ich pokonanie. Jeszcze trochę wysiłku. Przed godziną 13 spotkałem lekarza: twierdził, że wszystko przebiega prawidłowo i zbliża się zakończenie po­rodu. Nie jesteśmy sami, ale i tak musiałoby być dobrze. Musi być wszystko dobrze. Ta wiadomość doprowadza do szczytu. Jeszcze tylko kilka skurczy i dziecię rozpocznie samodzielne życie: drugi etap swe­go życia. Przy nas, pod naszą opieką, ale przecież jakże już bardziej samodzielnego życia. Wreszcie najważniejsze: jest Magda! Malutka, bezbronna, głośno dająca znać o sobie, jakby się obawiała, że jej nie zauważą, a przecież wszyscy jej oczekują w napięciu. Jakby witała się tym krzykiem ze wszystkimi, z całym światem. Ta mała kruszyna powoduje napływ łez do oczu, daje uczucie potęgi, radości a zarazem uspokaja i koi swym przyjściem do nas.” A mama nowo narodzonej Magdy dopisała na końcu swej ankiety: „dzięki Szkole Rodzenia” poród nie był żadnym kosz­marem, jak to słyszałam od kilku wieloródek. Nawet krzyki na sali porodowej nie przestraszyły mnie, bo cały czas my­ślałam o tym, że niosę nowe życie. Kiedy zobaczyłam, że uro­dziłam zdrowe dziecko, byłam z siebie zadowolona. Dałam mu wszystko, co powinna dać dziecku matka w chwili jego na­rodzin.” 3. G. J. lat 36, pisarz publicysta, żonaty od 3 lat. Mał­żonka lat 24. Wspomnienia przekazane w 2 lata po uro­dzeniu pierworodnego syna. „Nie będę ukrywał, że na długo przed urodzeniem się nasze­go syna strasznie się bałem. Żona moja waży niewiele więcej nad 40 kilo — nigdy nie była fizycznie championem wagi na­wet średniej. Wobec tej kondycji i szczupłej, delikatnej budo­wy żony, znajomi lekarze mówili mi: „bez cesarskiego cięcia się nie obejdzie”. Wzmagało to moje zdenerwowanie i napięcie już na wiele miesięcy przed urodzeniem syna, ale żonie o tym nigdy nie mówiłem. Jest to pierwszy główny punkt, przy któ­rym pragnę się zatrzymać: mój wielki strach. Punkt drugi — to chwila dokonania i spełnienia: w dwa­dzieścia minut po urodzeniu syna — żona powiedziała mi przez telefon pierwsze słowa: „Słuchaj — kiedy gram koncert (żona z zawodu pianistką) więcej się zmęczę, niż natrudziłam się te­raz. Za chwilę zjem obiad — jestem strasznie głodna”. Jak do tego doszło? Jaką drogę przeszliśmy obydwoje razem między tymi dwoma momentami, tą klamrą spinającą całość zdarzeń: moim wielkim strachem o żonę na wiele miesięcy przed przyjściem na świat syna Piotra i chwilą, kiedy zdrowo, szczęśliwie, normalnie urodziliśmy (tak — my) wspaniałego chłopaka. Pewien wielki żeglarz powiedział: „Jeśli czegoś się boję, ze wszech sił staram się to poznać, walczę z tym i staram się to pokonać.” Myślę, że tą drogą poszliśmy obydwoje z żoną. A było tak: wszedłem do księgarni i kupiłem dwie książki nie znanych mi zupełnie autorów: doc. dr W. Fijałkowskiego i mgr M. Musur pt. „Gimnastyka dla kobiet w ciąży i poło­gu” — dla ogółu, oraz doc. Fijałkowskiego „Szkoła Rodzenia” dla lekarzy. Przeczytałem je i wydały mi się bardzo trudne, jak i sama metoda, o której mówiły. Radbył bym, gdybym moją żonę mógł oddać pod opiekę tego specjalisty do jego Szkoły Rodzenia. Było to jednak niemożliwe, gdyż mieszkamy w małej miejscowości na wybrzeżu. Trzeba się było zdecydo­wać: albo zrezygnować z metody, którą proponowały obie książki, albo ćwiczyć zupełnie samemu za pomocą tych pod­ręczników. Zawierzyć tym, którzy mówili o konieczności cesarskiego cię­cia (nie mówiłem o tym żonie), nie chciałem. Innego więc wyj­ścia nie było. Najpierw trzeba było metodę rozgryźć i zrozu­mieć. Pojąć ją. To też nie było łatwe — nie jesteśmy leka­rzami. Potem, kiedy już zaczęliśmy ćwiczyć (najpierw oddy­chanie), okazało się, że ćwiczymy zupełnie źle. Trzeba było wra­cać do tekstu, śledzić i analizować każde jego zdanie. Wtedy zaczynaliśmy rozumieć, że metoda jest bardzo prosta, genialnie prosta, należy tylko dokładnie czytać wszystkie wskazówki i ściśle, nieomal pedantycznie do nich się stosować. Przez okres wielu miesięcy te dwie książki stały się dla nas „Biblią”, z którą się nie rozstawaliśmy. I co tu dużo mówić — na początku był taki okres, kiedy czułem się zupełnie sam. Żona w metodę wierzyła, ale nie ćwiczyła systematycznie. Do­prowadzało to mnie do rozpaczy (perspektywa cesarskiego cię­cia). Musiałem ją więc codziennie pilnować. Upór robił swoje. Potem, kiedy żona się wciągnęła, to ona już mnie podtrzy­mywała i rozpraszała wątpliwości. Ćwiczyliśmy zawsze razem. Może to wyda się nawet zabawne, ale wykonywałem nawet te same ćwiczenia co żona, żeby było naprawdę razem. Widziałem efekty — żona nigdy nie wiedziała nosząc naszego syna pod sercem, co to ból stóp czy nóg. Żona nie chodziła, ale biegała szybko i radośnie jak kilkunastoletni podlotek — wywołując tym ogromne zdumienie otoczenia. I przyszedł mo­ment, kiedy nie musiałem już żonie ani przypominać, ani pil­nować jej w ćwiczeniach. To ona wiedziała już wszystko le­piej. Była to na pewno wielka i trudna, ale wspólna praca. Dlatego w momencie kiedy zamknęły się przede mną białe drzwi oddziału położniczego, kiedy czekałem na dole w klini­ce, jak czekało przede mną i po mnie tysiące ojców, już się nie bałem. Tam w poczekalni na dole nie byłem sam — i żona na sali porodowej nie była sama. Byliśmy wciąż i jeszcze bardziej w tamtym momencie we troje — razem. Tylko dlatego nie byłem sam — tylko dlatego byłem napraw­dę spokojny przed białymi drzwiami kliniki położniczej, że na wiele miesięcy przed tą wielką, oczekiwaną chwilą — praco­waliśmy wspólnie. Myślę, że nawet nie we dwoje, a w troje nad narodzinami nowego życia. Kiedy poproszono mnie, bym spisał w kilkudziesięciu zda­niach swój udział w tym wielkim akcie, zadałem sobie pyta­nie: „Gdzie jest to najważniejsze, które dałem swojej żonie, że tak z wielką pewnością i odwagą, tak wspaniale urodziła naszego syna? Gdzie jest to najważniejsze, które mam powie­dzieć innym ojcom, oczekującym swych synów i córek, by mogli to dać swym żonom? Wierzę więc, że porządek świata, przyrody i społeczeństwa wymaga, żeby mężczyzna był dla kobiety najtrwalszym i naj­silniejszym oparciem, opoką na której zawsze może się oprzeć i to w najtrudniejszych momentach. Kiedyś pracowałem na morzu i powiedziałbym, że mężczyzna musi się czuć — kapi­tanem statku. Kiedy statek płynie po burzliwych wodach, przez mgły, mie­lizny, kapitan może się bać jak wszyscy, a nawet więcej niż wszyscy, bo musi wciąż zdawać sobie sprawę z każdego nie­bezpieczeństwa. Lecz zły to kapitan, który swego strachu nie poskromi, nie ukarze załodze spokojnej twarzy i nie będzie wiedział, co trzeba robić do najdrobniejszych szczegółów, by uniknąć niebezpieczeństwa. A nade wszystko, jeśli on, kapitan, ze wszystkich sił w najtrudniejszych chwilach nie bę­dzie głęboko i żarliwie wierzył w pomyślność rejsu. Wiem, że tym najważniejszym co dałem żonie (w odpowie­dzialnym, trudnym czasie przed narodzeniem syna), była żarli­wa wiara, głębokie przekonanie — wbrew własnym strachom i niepokojom — że staranne, wielomiesięczne, fizyczne i psy­chiczne przygotowanie do porodu według metody znanego mi tylko i wyłącznie z wspomnianych książek Doc. Wł. Fijałkow­skiego — musi dać określone efekty. Dlatego nie dostrzegam czegoś niezwykłego w tym, że gdy otwarły się przede mną białe drzwi kliniki i wybiegła rozra­dowana siostra wołając: — Ma pan ślicznego synka Piotru­sia — odpowiedziałem z zupełnym spokojem i przekona­niem: — Tak, wiem o tym. — Jak to, skąd? — zawołała zdumiona niepomiernie siostra. Wiedziałem przecież o tym od dawna, wierzyłem w to żar­liwie. Byłem przecież kapitanem statku — jestem nim — mu­siałem wiedzieć, dokąd statek mej rodziny płynie i że do celu żeglugi dopłynie szczęśliwie.