Możliwość przetworzenia doznań porodowych

Możliwość przetworzenia doznań porodowych

W parę lat po wprowadzeniu psychoprofilaktyki porodo­wej w Związku Radzieckim (1949 r.) francuski lekarz Lamaze zmienił nazwę zmodyfikowanej przez siebie metody i użył określenia: „poród bezbolesny”. Kilkanaście lat wcześniej angielski położnik Dick Read nadał swej meto­dzie nazwę „poród bez lęku”. Tak więc opracowano me­tody przygotowania kobiety do aktywnego jej udziału w akcie rodzenia, używając niefortunnych zwrotów w ro­dzaju „bez lęku”, „bez bólu”. Ostatecznie współczesna ko­bieta, nie dość zorientowana w przedmiocie, słusznie mo­że pomyśleć: „no dobrze, powiedziano mi, czego ma nie być w tym wyuczonym rodzeniu, nadal jednak nie wiem, na czym polega mój pozytywny wkład w proces rodzenia”. Wspomniani wyżej lekarze są wielkimi pionierami no­wego spojrzenia na poród. Chodziło im o podkreślenie, że lęk i ból tak dalece dominują w postawie emocjonalnej kobiety w związku z oczekiwaniem, a następnie przeży­waniem porodu, że ku tym doznaniom skierowano w pierw­szym rzędzie uwagę, by zmienić atmosferę wokół aktu ro­dzenia. Ponieważ jednak życie idzie naprzód i wszystkie, nawet najwspanialsze osiągnięcia poddane są prawu roz­woju, również i to zagadnienie przedstawia się dzisiaj nieco inaczej. Owa inność polega przede wszystkim na pozytywnym ujęciu zadania, jakie kobieta ma do wypełnienia w czasie porodu. Aby stało się to całkiem jasne, uprzytomnijmy sobie stary nawyk myślowy, który powoduje, że poród kojarzy się nam niemal wyłącznie z osobistym przeżyciem kobiety: z jej zagrożeniem, z j e j bólem, z jej niepoko­jem. Tymczasem najwyższa pora sobie uprzytomnić, że poród to przede wszystkim ważny i w pewnej mierze decydujący etap w życiu człowieka, który przychodzi na świat. Wbrew pozorom nie chodzi tu o odwrócenie uwagi od własnych dolegliwo­ści, ale o zobiektywizowanie doznań kobiety-matki: o wzbo­gacenie ich świadomością i odczuciem milczących doznań rodzącego się dziecka. Uderza paradoks: zamiast pomniej­szać, zakłada się w ten sposób zwiększenie zakresu doznań rodzącej kobiety, dodając jeszcze do tego odpowiedzial­ność za właściwe wykorzystanie swoich sił porodowych. Nie obawiajmy się o skutki. Podobnie jak nie ma pew­niejszego lekarstwa na własne przykrości życiowe niż uwrażliwienie się na cierpienia innych, tak zobiektyzowanie doznań kobiety rodzącej i powiększenie ich o nieme dozna­nia dziecka uwalnia ją najskuteczniej od lęku i bólu, mimo że się jej nic o tym lęku i bólu w okresie przygotowania do porodu nie mówi. Poza tym: my się wilka nie boimy. Cóż to w końcu jest ten lęk? Jest to tylko skrzywiona postać cennej właściwości psychiki ludzkiej. Irracjonalny, szkodliwy lęk pojawia się w przypadkach braku rozezna­nia i ukierunkowania odpowiedzialności. „Dajcie mi punkt oparcia, a z posad poruszę ziemię” po­wiedział Archimedes. Transponując to słynne powiedzenie, chciałoby się rzec: zaangażujmy w sposób właściwy i od­powiedzialny obawę kobiety o losy porodu, a zamiast fał­szywego, pustego lęku pojawi się zdrowa, macierzyńska troska o dobro rodzącego się dziecka. A co z bóle m? Czyżby dla niego znalazła się jakaś okoliczność łagodząca, mimo że wywiera zdecydowanie szkodliwy wpływ na ustrój kobiety? Odpowiedź nie jest taka prosta z tego choćby względu, że lęk i ból zachowują się jak bracia syjamscy. Trzymają się razem, są do siebie podobne i pochodzą z tego samego źródła. Są to odczucia subiektywne, które nie dają się zmierzyć ani ocenić w spo­sób jednoznaczny. Wiele ma tu do powiedzenia atmosfe­ra obciążenia dziedzictwem strachu, wyrosłego na podło­żu opowiadań przekazywanych przez babki, koleżanki, a nawet nie dość rozważne osoby spośród personelu me­dycznego, wreszcie przez kobiety, które same przebyły ciężkie porody. Wszystkie te opowiadania na drodze spiętrzenia się od­ruchów warunkowych sprawiają, że w momencie kulmi­nacyjnym, nie przygotowana i nie uświadomiona uprzed­nio rodząca jest szczególnie uwrażliwiona na ból i owład­nięta uczuciem maksymalnego strachu i obawy. Toteż czę­sto na opak wykonuje ona wszelkie zalecenia lekarza lub położnej, dawane jej po raz pierwszy dopiero podczas akcji porodowej. W tych okolicznościach nawet nie powi­kłany poród pozostaje w jej pamięci jako koszmar. Jeżeli pominiemy tu odchylenia w przebiegu porodu, które mogą iść w parze z obiektywnie większymi dolegliwościami, tzw. bóle porodowe w prawidłowych porodach są straszakiem i wyrastają z zawężenia wyobraźni wspomaganej szkodliwym lękiem wobec braku właściwego zaangażowania w proces porodowy. Nie należy jednak mylić dwóch rzeczy. Kwestionując konieczność doznawania bólu w porodzie, nie chcemy tym samym twierdzić, że kobiety udają ból w porodzie. Owszem, z tym zjawiskiem także można się spotkać, ale w in­nej wersji. Widzieliśmy na jednym z filmów, że mężczyzna na oczach członków swojego plemienia demonstrował mę­ki porodowe, a w głębi izby cichutko rodziła jego małżon­ka. Jeśli kobieta twierdzi, że ją boli, nikomu nie wolno tego poddawać w wątpliwość. Chodzi jednak o to, by sa­ma kobieta doszła do przekonania, że jakość doznań poro­dowych, czyli nasilenie ich odczuwania, zależy przede wszystkim od niej samej: od starannego psychofizycznego przygotowania się do porodu w Szkole Rodzenia. Tak zwane „bóle porodowe” nie zasługują na kultywo­wanie ich w charakterze mitu. Ponadto należałoby chyba odebrać im do reszty przywilej nieuniknionego składnika czynności porodowej. Tylko wówczas odczuwalność skur­czów porodowych spełni fizjologiczną rolę sygnału, infor­mującego o rozpoczęciu się i postępie porodu, a ból poro­dowy — użyty w liczbie pojedynczej i pisany przez duże B — stanie się wyrazem ofiarności i wyrzeczenia, jakie wiąże się z podjęciem macierzyństwa, nie zawsze będącego jedynie wyrazem upragnionego szczęścia. Jednakże nie stanie się to na zawołanie, nie wystarczy umówić się, że sprowadzamy „ból” towarzyszący skurczom macicy do odczucia napinania i roz­ciągania jako pożytecznego sygnału w toczącym się porodzie. Przeobrażenie w pojęciach tylko wówczas znaj­dzie odbicie w życiu, gdy wszystkie kobiety będą mogły korzystać ze zorganizowanego treningu przedporodowego w Szkole Rodzenia. Zanim to nastąpi, pozostaje do prze­zwyciężenia wiele trudności, nie tylko organizacyjnych i materialnych. Realizacja postulatu upowszechnienia szkół rodzenia trafia również na przeszkody ideowe. Ludzie stojący z dala, z zasady podejrzliwi, nie chcą czy nie potrafią przełamać wewnętrznych oporów. Silny ładunek emocjo­nalny widoczny bywa nawet u ludzi nauki. W artykule poświęconym znieczuleniu w położnictwie J. S. Scott z Le­eds (Wielka Brytania 1970 r.) oburza się na kierunek psycho profilaktyczny, reprezentowany przez Szkołę Rodzenia za to, że odróżnia ból ostrzegający przed zagrożeniem zdro­wia (np. ból przy poruszaniu złamaną nogą zmuszający do jej unieruchomienia) od doznań, będących informacją bio­logiczną, dotyczącą przebiegu porodu. Psychoprofilaktyka, stwierdza autor, popełnia błąd. „Poród jest tak samo zda­rzeniem niebezpiecznym, jak zapalenie otrzewnej, pożar domu lub wypadek samochodowy”. Dla dziecka poród „przedstawia największe ryzyko, na które jest narażony już od chwili swego poczęcia”. Taką wizję porodu stwo­rzyła niewątpliwie schorzała cywilizacja. Mija się ta wizja ze spokojną relacją o porodzie jako o wydarzeniu biolo­gicznym. Końcowa myśl artykułu pozwala na szczęście otrząsnąć się z koszmarnego nastroju. „Miarą odczucia bó­lu”, pisze wspomniany autor, „jest jednak sama kobieta rodząca, bo ona jedna zna swój ból”. Wobec tego sięgnijmy do bezpośrednich relacji samych kobiet, skoro ich opinia jest najbardziej miarodajna. Do Szkoły Rodzenia nadszedł list od pani S. M. z Woli Spławieckiej. W liście tym pisze: „…Rodziłam dwa razy. Pierw­szy syn ma 4 lata, drugi 2 miesiące. Obydwa porody odby­ły się w izbie porodowej. Ale nie to chcę omawiać. Chodzi mi szczególnie o ból. Przed pierwszym porodem czytałam dużo fachowych broszur na ten temat. Mąż zawsze żartował ze mnie, że „uczę się rodzić”. Ale to nie był żart. Przekonałam się, że rodzić trzeba umieć… Mój pierwszy poród odbył się szybko, bez krzyku i szarpania nerwów położnej. Położna, już emerytka, oświadczyła, że w ten sposób rodzi jedna na tysiąc kobiet. Przesada, ale zmierzam do tego, jak istotną rzeczą jest „nauka rodzenia”. Gdy rodziłam po raz drugi, obserwowałam kobiety, które również nie były pierworód­kami. Było mi ich żal. Ile sił traciły na płacz i krzyki już na początku porodu, a potem były wyczerpane i niezdolne do koniecznego wysiłku… Ale kobiety te przyjechały z prze­świadczeniem, że musi boleć i cierpiały. Niestety, to nie tylko ich wina. Również położne i lekarze utwierdzają ko­biety w tym przekonaniu. Przecież najczęściej pada pyta­nie: „czy są bóle, od kiedy są bóle” itp. A więc jednak bóle. Dają zastrzyki nie na „przyspieszenie porodu” ale na „pobudzenie bóli”. Kobieta boi się i z lękiem czeka na te „właściwe bóle”. Jak to zmienić?…” List pochodzi z przed 4 lat. Z każdym rokiem jest chyba lepiej. Ale widać, że podstawowe postulaty Szkoły Rodze­nia nie dotarły jeszcze wszędzie, że klimat nie uległ jeszcze radykalnej zmianie. Wszyscy jesteśmy za to odpowiedzial­ni, nie tylko lekarze i położne. Oni także otrzymali od swych rodziców taką a nie inną formację i takie a nie inne wyobrażenie o porodzie zapadło głęboko w ich świa­domość.