Dlaczego pierwsza ciąża musi być szczególnie chroniona

Dlaczego pierwsza ciąża musi być szczególnie chroniona

Nestor polskiego położnictwa, prof. Adam Czyżewicz, sfor­mułował przed 40 laty niezwykle trafną opinię: „O ile naturalny poród jest stanem zdrowia, to każde poronie­nie jest chorobą, której powikłań ani ciężkości nikt nie może przewidzieć”. Wbrew pozorom, opinia ta nadal jest niepodważalna. Najbardziej unowocześniona technika sztucznych poronień i ścisłe przestrzeganie aseptyki lekar­skiej, jak również cały arsenał antybiotyków nie zmieniły podstawowego faktu, że każde przerwanie ciąży kryje w sobie możliwość poważnego zagrożenia zdrowia, a wcale nierzadko powoduje trwałą niepłodność, nie poddającą się żadnemu leczeniu. Klasyczne porównanie profesora Czyżewicza stanowi świetną ilustrację „mechanizmu” powstawania w ustroju szkodliwych następstw przerywania ciąży. Jeśli na torze lotu kuli, wyrzuconej ze znaczną siłą, ustawimy przeszko­dę, kula — pod wpływem gwałtownego zderzenia z tą przeszkodą — ulegnie nieodwracalnemu zniekształceniu, jeśli zaś pozostawimy jej lot bez zakłóceń, stopniowo zmniejszy się nadana jej szybkość i kula wyląduje łagodnie. Zainicjowanie ciąży wywołuje w ustroju lawinowo przebiegające zmiany przystosowawcze. Nie ograniczają się one tylko do narządów rodnych, lecz obejmują cały ustrój, a w szczególny sposób układ neurohormonalny i psychikę. Na skutek ciąży dokonują się rzeczy niesły­chane: w dojrzałym organizmie kobiety tworzą się nowe elementy tkankowe (włókna mięśniowe macicy), a więc występuje zjawisko właściwe okresowi płodowemu i nie­znane poza nim. Słusznie uważa się ciążę za okres głębo­kich przeobrażeń, dokonujących się w całym ustroju. Ko­bieta ciężarna staje się jak gdyby inną osobą. Potrafi być na przykład zaskoczona pojawiającymi się u niej cechami charakteru, które po latach rozpozna u swego dziecka. Bezwzględność tych przemian nie zmienia faktu, że za­zwyczaj w połowie ciąży przeżywa ona okres szczególnie dobrego samopoczucia, co znamionuje osiągnięcie pełni równowagi i dojrzałości. W ostatnich 15 latach odsetkowa ilość bezpośrednich uszkodzeń narządów rodnych, jakie powstają w wyniku przerywania ciąży, wyraźnie zmalała. Utrzymują się jed­nak bez większych odchyleń zaburzenia miesiączkowania oraz skrycie przebiegające stany zapalne w narządach rod­nych, dające o sobie znać niekiedy dopiero po upływie miesięcy, a nawet lat. Dopiero chęć ponownego zajścia w ciążę, występująca nierzadko już w krótkim czasie po nierozważnej decyzji przerwania pierwszej ciąży, ujaw­nia złowrogą prawdę: kobieta stała się niepłodna w spo­sób zupełnie zagadkowy, bez jakichkolwiek widocznych, uchwytnych zmian zapalnych, które by ten stan tłuma­czyły. Jako ilustrację przedstawię pokrótce dzieje pewnego, młodego małżeństwa. Na kilka miesięcy przed ślubem do­prowadzili oni do przerwania pierwszej ciąży w 6 tygo­dniu jej trwania. W 3 dni potem młoda kobieta opuściła szpital i czuła się świetnie, sławiąc — być może — nie­szkodliwość tego drobnego, „kosmetycznego” zabiegu. Przez pierwszy rok starannie unikali ciąży. Jednakże po roku zapragnęli dziecka i z ulgą uwolnili się od trudu zapo­biegania. Po kilku miesiącach okazało się jednak, że trud był daremny: do ciąży wcale nie dochodziło. W rok póź­niej zaczęło się coś psuć w małżeństwie. Mąż pił coraz więcej i chętnie przebywał poza domem. Częste, wymu­szane stosunki nie wiodły już do niczego, a jednocześnie przestały ich zbliżać ku sobie psychicznie. Wobec wystą­pienia stanów zapalnych w przydatkach macicznych, stał się konieczny pobyt w szpitalu. Nie zapomnę tego obcho­du lekarskiego, kiedy to pacjentka położyła u swego boku dużą lalę zrobioną z ligniny i ubraną w piękną krynolinę. Widocznie w mym spojrzeniu zawarte było nieme pytanie, skoro otrzymałem odpowiedź: „to jest dziecko, które uro­dziłam tej nocy”. Miał chyba rację pewien ginekolog fran­cuski, gdy wyraził się, że kobiety chorują z powodu dzie­ci, których nie mają, a nie z powodu tych, które mają. Duński psychiatra Ekblad przebadał 479 kobiet po po­ronieniu sztucznym. U 35% spośród badanych kobiet wy­stąpiły ujemne reakcje psychiczne, począwszy od przy­krych wspomnień, poprzez samoudręczenie, aż do ciężkiej depresji. W kilku przypadkach doszło do rozbicia małżeń­stwa z tych przyczyn. Radziecki lekarz Molochów zanali­zował udział sztucznych poronień w występowaniu nerwic. Szczególny wpływ uszkadzający obserwował u kobiet in­fantylnych, niedojrzałych psychicznie, niepełnowartościowych w zakresie funkcji gruczołów hormonalnych oraz u kobiet o chwiejnym układzie neuropsychicznym. Stan po poronieniowy zakłóca równowagę wyższych czynności nerwowych, toteż zabieg staje się najczęściej urazem psy­chicznym. Nierzadko występuje długotrwały stan depresji oraz lęk przed utratą zdolności zajścia w ciążę. Bywają ponadto kobiety o postawie egocentrycznej, z niedosta­tecznie wyrażoną potrzebą macierzyńską, dążące do prze­rwania ciąży bez żadnego obiektywnego uzasadnienia. Aktywne wkroczenie lekarza, względnie zdecydowana postawa męża lub innych członków rodziny mogą zapobiec temu nastawieniu, umożliwiając stanie się matką kobiecie, tak bardzo nieodpowiedzialnej i nieświadomej następstw lekkomyślnie podjętej decyzji. Zmiany zapalne w obrębie narządów rodnych (macica, przydatki, pochwa) i w ich okolicy (przymacicza) należą do najczęstszych powikłań po przerwaniu ciąży. W na­stępstwie tych zmian często dochodzi do niemożności zaj­ścia w ciążę lub do wczesnych samoistnych poronień. Te przykre i brzemienne w skutki powikłania, nie brane na ogół w rachubę, stają się źródłem wielu ciężkich przeżyć i kłopotów, trwale rzutujących na dalszą przyszłość mał­żeństwa, a zwłaszcza kobiety, która najczęściej w osamot­nieniu ponosi wszystkie konsekwencje niekontrolowanego współżycia seksualnego. Z tym następstwem wiąże się ściśle problem właściwości komórek rozrodczych (gamet) uczestniczących w poczęciu. Właściwości te są zależne w dużej mierze od wieku ro­dziców. Starsi rodzice są mianowicie obciążeni większym prawdopodobieństwem defektu genetycznego. Dla przy­kładu kilka danych z Włoskiego Instytutu Statystyki z lat 1956—1958. Wskaźnik wad wrodzonych (1 : 100 żywych urodzeń) u pierwiastek rodzących w wieku 26—30 lat wynosił 16,9, a u kobiet w wieku 36—40 lat — 21,7. Cho­roba Langdon Downa — (dawniej zwana mongolizmem) występuje po porodach starszych matek 5krotnie częściej w porównaniu z młodymi. Przerywanie pierwszej ciąży przyczynia się do sztucznej eliminacji pełnowartościowych płodów u zdrowych matek, a zarazem przesuwa okres po­częcia w kierunku niekorzystnym. Nie chodzi tu o odchy­lenie paroletnie, ale o wieloletnie, spowodowane poronie­niami samoistnymi lub dłuższymi okresami nie poddającej się leczeniu niepłodności. Zagadnienie progenezy wiąże się zresztą ściśle z ogólnospołecznym odnoszeniem się do ma­cierzyństwa. Nastawienie na osiągnięcie jak najwyższego standardu życiowego kosztem wczesnego rodzenia jest zjawiskiem bardzo niepożądanym dla progenezy, a tym sa­mym dla zdrowia rodzącego się pokolenia. O globalnym, znacznym zwiększeniu się odsetka ko­biet chorych, zmuszonych do długotrwałego leczenia z po­wodu niepłodności wtórnej, stanów zapalnych i zaburzeń miesiączkowania, przesądził szybki wzrost liczby zabie­gów sztucznego przerywania ciąży w ostatnim piętnasto­leciu. Według statystyki opracowanej w Klinice Gdań­skiej a przedstawionej w Ginekologii Polskiej, do zabiegu zgłosiło się w 1967 roku 17 razy więcej kobiet niż w roku 1956. Liczby te, będące wykładnikiem sytuacji wytworzonej nie w jednym mieście, ale w całym kraju, mają swą głęboką wymowę. Jesteśmy świadkami kształtowania się swoistej mentalności społeczeństwa: przerwanie ciąży stało się czymś zwyczajnym, bezproble­mowym. Jednocześnie utrzymuje się w tym społeczeń­stwie brak rzeczywistego rozeznania co do następstw przerywań ciąży. Kobiety, którym się powiodło (na razie), są głośne w wyrażaniu zachwytu nad prostotą „zabiegu”, który tak szybko uwolnił je od ciężkiego kłopotu. Nato­miast kobiety (nierzadko te same, tylko z późniejszego okresu), którym się nie powiodło, są zdruzgotane i ciche. One cierpią w milczeniu, by nie narazić się na nieznośne wówczas napomnienia, które już nic zmienić nie potrafią. Żaden chyba ginekolog nie uniknął wyrzutu, skierowa­nego do niego, jako do przedstawiciela tej specjalności w medycynie: „Dlaczego mnie przedtem nie ostrzeżono? Gdybym wiedziała, co mi grozi, nigdy nie zdecydowała­bym się na przerwanie swej pierwszej ciąży”. Toteż nic dziwnego, że ginekolodzy czują się w pierwszym rzędzie zobowiązani do podjęcia walki z zafałszowaną opinią tak silnie zakorzenioną w społeczeństwie.