Ciąża

Ciąża

Starochiński system określania wieku człowieka doliczał noworodkowi jeden rok życia do daty jego urodzenia. Za tym historycznym faktem kryje się wielka mądrość ów­czesnej kultury, a zarazem głębokie rozumienie problemu świadomego i odpowiedzialnego rodzicielstwa. Również w Japonii, w ciągu długich wieków, obliczano wiek czło­wieka od dnia jego poczęcia. Jeśli zwrócimy uwagę, że ów­czesna, przednaukowa wiedza jest nieporównywalna ze współczesną wiedzą naukową, wypada się zamyślić nad rozbieżnością dróg, jakimi kroczy mądrość i nauka… Do­liczając 12 miesięcy zamiast 9, brano widać pod uwagę ogromne tempo w przekształceniu się pierwotnego zawiąz­ku w istotę ludzką, zdolną do życia poza ustrojem matki. Według współczesnych pojęć biologicznych jest to prze­kształcenie się zygoty, czyli zapłodnionej komórki jajo­wej, w doskonale zorganizowany ustrój, liczący około 200 miliardów komórek. Akt narodzin dziecka nie stanowi więc nagłego początku jego istnienia. Gdy patrzymy, ciągle na nowo zdumieni, jak w kilka sekund po opuszczeniu dróg rodnych matki, noworodek zmienia całkowicie funkcję swego układu krą­żenia i oddychania, by przystosować się do życia poza ustrojem matczynym, musimy sobie uświadomić, że serce noworodka ma już za sobą 8miesięczny staż pracy i że ćwiczenia ruchów klatki piersiowej odbywały się dość re­gularnie w ciągu ostatnich 4 miesięcy. I to jeszcze nie wszystko, gdyż same narządy nie są zdolne do pracy bez regulującej czynności układu nerwowego. Wyposażenie tego układu, na które składa się ostatecznie 12 miliardów komórek, zaczęło się dokonywać w pierwszych dniach życia zarodka i było już gotowe z chwilą ukończenia V mie­sięcy życia łonowego, gdy całe ciało płodu ważyło zaled­wie 400 gramów. Każde dziecko przechodzi kolejne etapy swego rozwoju w łonie matki i kierunek przemian, raz na­dany w chwili poczęcia, jest realizowany przez naturę z całą konsekwencją. Noworodek przynosi na świat coś szczególnego: swoje dziedzictwo. Jest dzieckiem swych rodziców, wnukiem swych dziadków, prawnukiem pradziadków itd. W ten spo­sób możemy posuwać się coraz dalej wstecz, odnajdując w każdym nowo narodzonym człowieku, jako w fenotypie, powiązanie z pokoleniami przodków poprzez posiadany genotyp, czyli substancję dziedziczną zawartą w tzw. gar­niturze chromosomalnym. W komórkach somatycznych człowieka występuje 46 chromosomów, ułożonych w 23 pary. Spośród nich 22 pa­ry należą do autosomów, czyli chromosomów określają­cych cechy cielesne, pozostałą zaś parę tworzą chromoso­my płciowe. U kobiet są to chromosomy XX, u mężczyzn chromosomy XY. Płeć człowieka zostaje zdeterminowana w momencie zapłodnienia. Jeżeli nastąpi zapłodnienie ko­mórki jajowej plemnikiem posiadającym chromosom X, powstaje zygota XX, która rozwija się w żeński zarodek. Z zapłodnienia komórki jajowej przez plemnik zawiera­jący chromosom Y powstaje zygota, XY, genetycznie ukierunkowana na płeć męską. Występowanie genetycznie uwarunkowanych poronień wczesnej ciąży i wad wrodzonych noworodków oraz moż­liwość zapobiegania tym nieprawidłowościom dało począ­tek dziedzinie naukowej, zwanej eugeniką. Określenie to zostało wprowadzone przez Galtona w 1885 roku. Według słów samego twórcy, nauka ta zajmuje się „badaniem czynników podległych społecznej kontroli, które mogą po­prawić lub obniżyć fizyczne i psychiczne właściwości po­pulacyjne przyszłych pokoleń”. W przytoczonej definicji zastąpiono użyte w oryginale słowo „rasowe” przez „populacyjne”, bez naruszenia istotnej treści terminu, użyte­go przez autora. Dokładna bowiem analiza prac Galtona wyraźnie wskazuje, że uczony ten nie myślał o rasach ludzkich, lecz o populacjach w rozumieniu dzisiejszym. By uzasadnić konieczność uwzględnienia w coraz szer­szym zakresie wskazań eugenicznych w obecnej dobie, na­leżałoby odpowiedzieć na pytanie, czy rzeczywiście liczba nagromadzających się w genotypach ludzkich mutacji szkodliwych staje się coraz większa, a więc innymi słowy: czy wzrasta obciążenie dziedziczne? Różna może być szkodliwość poszczególnych mutacji. Są mutacje, które powodują obumarcie komórek rozrodczych (gamet) lub zarodka, począwszy od najwcześniejszych stadiów jego rozwoju. Są to mutacje zwane letalnymi. Wpływ innych mutacji bywa bardziej ograniczony i prowadzi do mniej­szych lub większych upośledzeń. Wszelkie mutacje będące minusem dla wykazujących je osobników podlegają eli­minacji w toku działania doboru naturalnego. Dobór naturalny wskutek ingerencji medycyny i higie­ny zatracił swą pierwotną ostrość i wskutek tego mogą się w populacjach ludzkich nagromadzić geny, które dawniej były szybko eliminowane. Przykładem znacznego zaha­mowania działania doboru naturalnego może być cukrzy­ca. Przed 50 laty, czyli przed odkryciem insuliny, kobiety chore na cukrzycę umierały młodo, rzadko zachodziły w ciążę, a w przypadku ciąży najczęściej ją traciły, gdyż dochodziło do poronienia. Jednakże możność przywróce­nia dziesiątkom tysięcy ludzi pełnych możliwości życio­wych jest w sumie na pewno wspaniałym osiągnięciem medycyny. Natomiast ingerencja w postaci przerywań ciąży u młodych kobiet, z których wiele następnie cierpi na niepłodność i dopiero w późniejszym wieku rodzi dzie­ci, wchodzi w wyraźną kolizję z wymaganiami eugeniki. Wiadomo bowiem, że w późniejszym wieku wzrasta czę­stość mutacji. Przykładem może tu być zespół Downa, zwany kiedyś mongolizmem. Zespół ten występuje znamiennie częściej u starszych matek, zbyt długo odkładają­cych zajście w ciążę. A jaki to ma wpływ na psychikę? Warto przytoczyć tu realistyczną wypowiedź amerykańskiego ginekologa położnika i zarazem psychiatry dr J. Fogla: „Problem przerywań ciąży stał się obecnie przedmiotem namiętności — powiada on — i prawo zostanie zliberalizowane. Ale od strony psychologicznej i emocjonalnej zaczynamy dopie­ro poznawać początki, cząstkę tych wpływów, jakie wy­wiera przerwanie ciąży na kobietę. Myślę, że każda ko­bieta — bez względu na wiek, środowisko i stopień roz­woju seksualnego — przerywając ciążę podlega urazowi. Dotyka się tu jakiejś warstwy człowieczeństwa. To jest część jej własnego życia. Niszcząc ciążę, niszczy samą sie­bie. Nie istnieje tu droga nieszkodliwa. Człowiek ma tu do czynienia z siłą życia. Nie chodzi absolutnie o to, czy ktoś myśli o tym, że tam jest życie, czy też o tym nie myśli. Nikt nie zaprzeczy, że coś się tam tworzy, i że to tworzenie dokonuje się w sposób fizyczny”. Zagadnienie regulacji urodzeń nie sprowadza się, wbrew często spotykanym opiniom, do samej tylko skuteczności stosowanych metod. Właśnie najskuteczniejszy ze znanych środków antykoncepcyjnych, środek doustny w postaci tabletki hormonalnej („pigułki”), został poddany szczegól­nym badaniom naukowym, z których wynika, że zagroże­nie zdrowia spowodowane stosowaniem tego środka doty­czyć może nie tylko populacji kobiet stosujących środki doustne, ale również przyszłych pokoleń. Wprawdzie pro­ducentom różnych odmian tabletki antykoncepcyjnej trudno pogodzić się z coraz częściej zgłaszanymi w facho­wej prasie medycznej zastrzeżeniami, w końcu jednak wyniki obiektywnych badań naukowych nie mogą być kwestionowane. Ostatnio nawet prasa codzienna ogłasza zmiany „cudownych” pigułek z uwagi na ewentualne obciążenie genetyczne. Jednakże negatywna ocena pigułki antykoncepcyjnej nie rozwiązuje problemu regulacji urodzeń. Zagadnienie to, występujące mniej lub więcej ostro w poszczególnych krajach, urosło do problemu ogólnoświatowego i czeka na prawidłowe rozwiązanie. Prawidłowe, to znaczy również zgodne z wymaganiami eugeniki. Naukowa znajomość praw naturalnych rządzących płodnością jest niepropor­cjonalnie duża w stosunku do nikłego ich stosowania w praktyce. Wiele przemawia za tym, że dopiero kon­sekwentne włączenie regulacji urodzeń w złożony i nara­stający problem ochrony środowiska naturalnego będzie tym właściwym rozwiązaniem. Wówczas to praktyczne wykorzystanie wiedzy fizjologicznej stworzy niezawodne podstawy świadomego i odpowiedzialnego rodzicielstwa. Wprawdzie świat daleki jest od doskonałości, lecz nie jest on niezmienny, a zmiana na lepsze zależy właśnie od nas. Człowiek jest jedyną istotą, która nie tylko zdaje sobie sprawę z procesu ewolucji biologicznej na ziemi, ale może na ten proces wpływać, a nawet nim kierować. Czło­wiek ma więc niejako w swych rękach dalsze losy swej ewolucyjnej przyszłości i od niego zależy, czy zgotuje so­bie pomyślną przyszłość, czy też podąży ku zagładzie swe­go gatunku, a z nim i innych form życia.